Pokrzepiający świąteczny nastrój, wiejska wspólnota oraz pamięć o zmarłych w okresie bożonarodzeniowym to tylko niektóre aspekty czyniące z tej książki prawdziwy miękki kocyk na zimowe wieczory. Pierwsza gwiazdka Natalii Sońskiej odpręża i wywołuje uśmiech na twarzy podczas lektury, wciągając czytelnika w świat niekiedy trudnych, ale przede wszystkim pełnych miłości relacji międzyludzkich.
Niedługo przed świętami Bożego Narodzenia Zosia – główna bohaterka książki – otrzymuje spadek. I nie byle jaki, bo najlepszy, jaki można w tym czasie dostać: dom Babci Stefani wciąż przesiąknięty jest tą samą rodzinną magią, ale też posiada w swoich murach kilka niespodzianek. W tym roku bliscy Zosi spróbują na nowo go ożywić, przywracając do życia również piękne wspomnienia z poprzednich świąt. Czy bohaterka odnajdzie się w zupełnie nowym miejscu? Jak będzie wyglądała gwiazdka, jeśli zabrakło tak ważnej dla całej rodziny osoby, seniorki rodu?
Skusiłam się na tę pozycję, chcąc poczuć nastrój bożonarodzeniowy i pod tym względem niezawodnie spełniła moje oczekiwania. Faktycznie, czytając ją, można zupełnie zatracić się w pięknym rodzinnym świecie, wręcz poczuć członkiem ogniska domowego Zosi. Atmosfera świąteczna jest wyczuwalna na każdej stronie powieści. Krewnym towarzyszą dodatkowo sąsiedzi – często natarczywi lub zrzędliwi, ale mimo wszystko zawsze pomocni i koniec końców bardzo życzliwi – stanowiący nieodłączną część wspólnoty wiejskiej. Najbliżsi głównej postaci szybko więc zaprzyjaźniają się z sąsiedztwem, choć z niektórymi osobami łączy ich wspólna przeszłość i ciekawe przeżycia. Klimat wsi jest tutaj dodatkowo pokrzepiający, uspokajający; podkreśla tak popularne wigilijne motto, aby w tym wyjątkowym okresie w roku wszyscy się jednoczyli oraz nieśli miłość. Dlatego podczas ponownego spotkania wszystko odżywa, stare znajomości zaczynają kiełkować, a nowe okazują się początkiem przysłowiowego ,,czegoś więcej”. Czytelnik staje się świadkiem przygód bohaterów, wciągnięty w ich przepychanki, kłótnie, ale również w chwile zgody podczas zakręconych przygotowań gwiazdkowych. Pod wieloma względami sytuacje te są zabawne, podobnie jak dialogi. Komizm został bardzo trafnie w książkę wpleciony: nie stanowi dominującej konwencji, a jedynie miejscami wybrzmiewa, powodując uśmiech na twarzy. Nie ma przesytu – to bardzo mi się podobało i uważam za spory plus, biorąc pod uwagę, że odbiorca sięga po taką właśnie lekturę w celu relaksu czy rozrywki.
Wspaniałym pomysłem jest wątek listów Babci Stefanii pozostawionych dla wnuczki w zakamarkach starego domu. To niesamowicie kojące – czytać jej słowa tak, jak czyta się słowa bliskiej osoby. Seniorka przekazuje w tych listach ponadczasową mądrość, niesie nieskończoną wyrozumiałość oraz leczy rany. Czytając powieść, czekałam ze zniecierpliwieniem na każdy kolejny list, dlatego chętnie poznałabym ich więcej, zwłaszcza że dzięki nim czytelnik zgłębia relację Babci z Zosią oraz odrobinę przeszłości rodziny. Rozwinięcie tego wątku mogłoby uczynić książkę jeszcze bardziej przytulną. Szkoda, że nie został dalej pociągnięty. Odniosłam też wrażenie, że żałoba nie wybrzmiała wystarczająco mocno. Owszem, były momenty, kiedy wnuczka odczuwała smutek z powodu braku najstarszej członkini przy tak zwanym rodzinnym stole, a jednak – jako czytelniczka – nie poczułam opisywanych emocji. Dla mnie uczucia i myśli bohaterów opisano jedynie z zewnątrz, tak, jakby autorka trzymała je na dystans, przez co nie „siedziałam w ich głowach”. Wiedziałam, kiedy ktoś był smutny, kiedy się cieszył, a kiedy się denerwował, ale to wszystko było opisane z pewnej odległości i nie dość podkreślone, abym mogła tego faktycznie doświadczyć.
Wracając jeszcze do relacji między postaciami, bo to one stanowiły jeden z głównych tematów, bardzo podobało mi się ich przedstawienie. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że są idealne, bez skaz i owszem, takie właśnie były. Były idealne, ale nie wyidealizowane; może bardziej należałoby użyć słowa „wzorcowe”. Myślę, że pisarka pokazała dwie strony tychże zależności. Bohaterowie kochali się, bardzo. Wspaniałe jest to, że w tej miłości wciąż mogli się kłócić, spierać ze sobą lub denerwować na siebie nawzajem. Pod tym właśnie względem nie były przerysowane, ale realistyczne – takie, jakie są stosunki z bliskimi: czasem ambiwalentne. Szczególnie zwracam tutaj uwagę na więź protagonistów, Zosi i Mikołaja, których małżeństwo było w pełni oparte na partnerstwie, zrozumieniu drugiej osoby oraz zdrowej komunikacji. Nie często zdarza mi się napotykać w książkach taką dynamikę relacji, co pozytywnie mnie zaskoczyło.
Jeśli chodzi o język, był on prosty, niewyszukany. Miałam wrażenie, że ktoś opowiadał mi, co się wydarzyło. Opisy otoczenia nie były szczególnie rozbudowane, podobnie jak charakterystyka przeżyć wewnętrznych. Muszę przyznać, że tego akurat mi brakowało.
Niejednokrotnie pod koniec rozdziału (i oczywiście pod koniec powieści) wybrzmiewała puenta, niestety nieco sztucznie, co mnie zawiodło. Jeśli po całej historii czy po pewnym jej segmencie tłumaczy się, dlaczego było to takie ważne, czytelnik może poczuć się lekko niedoceniony, gdyż sam doskonale potrafi odczytać morał dzieła.
Podsumowując, spędziłam naprawdę bardzo miło czas podczas lektury. W zupełności spełniła ona moje oczekiwania i swoje zadanie: odprężyła mnie w tym świątecznym okresie, kiedy rzeczywiście potrzebowałam odpoczynku od pędu codziennego życia oraz natłoku obowiązków. Wciągnęłam się w zabawną historię rodzinną oraz przytulną gwiazdkową atmosferę, jaką bohaterowie stworzyli w uroczym wiejskim domku. Fabuła była pokrzepiająca, a otulała jak miękki kocyk – coś, czego wszyscy czasem potrzebujemy.
Tekst i zdjęcie: Anna Milena Rosmus