Jako opis pierwszych wrażeń z lektury scharakteryzowałabym Święto ognia jako powieść niezwykle trudną, a w tej trudności zaskakująco lekką. Myślę, że jest to paradoks, który świadczy jednoznacznie o fenomenie książki.
W powieści można odnaleźć znaczną ilość osi, wokół których oscyluje tematyka. Dodatkowo, książka jest napisana w taki sposób, że trudno jednoznacznie stwierdzić, która z nich jest w intencji autora tą główną. W tym momencie warto zauważyć, że każdy czytelnik przychodzi ze swoimi oczekiwaniami i poglądami, więc wielość interpretacji (jakkolwiek zawsze możliwa przy czytaniu literatury) stanowi niejako nieodłączną część Święta ognia.
Dla mnie, mimo pojawienia się wielu wątków, historii i tak bardzo znaczących odczuć wszystkich postaci, była to powieść opowiadająca o trudach niepełnosprawności. Przy czym niepełnosprawność ta została ukazana w niezwykle trafny sposób. Zacznę może od podkreślenia wartości samej reprezentacji osób z niepełnosprawnością w tekstach kultury. Czytając pierwsze strony (nie wiedziałam jeszcze wówczas o tej książce nic) bardzo pozytywnie zaskoczyłam się, że oto natrafiłam na postać głównej bohaterki, Anastazji, która urodziła się z porażeniem mózgowym. Bardzo podobał mi się sposób, w jaki została wykreowana. Nie uważam go, wbrew niektórym opiniom, z którymi się spotkałam, za dziecinny, czy też w jakikolwiek sposób krzywdzący i umniejszający, ale wręcz za uwzględniający wszelki szacunek, a nawet głębokie zrozumienie zarówno wobec tego konkretnego schorzenia, jak i w ogóle niepełnosprawności. Powiedziałabym nawet, że niezwykle cieszy mnie pewna obecna, lecz nie dominująca, infantylność w zachowaniu i narracji Anastazji. Łamie bowiem stereotyp przygnębionego życiem, zgorzkniałego, czy też załamanego i smutnego człowieka chorego. Nastka jest przede wszystkim młodą dziewczyną z pasjami, zainteresowaniami, rzeczami, które lubi i których nienawidzi. Dlatego podoba mi się ta reprezentacja – niepełnosprawność nie stanowi jedynej lub dominującej cechy postaci, ale jest jedynie częścią, która owszem, wpływa ogromnie na życie, ale nie wyklucza pozytywności i ciekawości świata. Jeśli chodzi o trudności, one również nie zostały tu pominięte. Obserwujemy zmagania Anastazji ze swoim ciałem, wysokie koszty leczenia i chyba najważniejszy aspekt dla całej historii – to, w jaki sposób choroba Nastki odbija się na jej bliskich i w jaki sposób wszyscy sobie z tym radzą. Bo przywołując główne osie Święta ognia, zaraz obok samej postaci Anastazji postawiłabym żałobę.
Pozwolę sobie wysunąć tezę, że jest to powieść o żałobie – ale nie takiej, jaka pierwsza przychodzi nam na myśl, bo o żałobie w związku z chorobą, a nie śmiercią. I wobec tej żałoby mamy w powieści obecne aż cztery różne postawy, które odzwierciedlają cztery różne sposoby radzenia sobie ze stratą. A jest nią dla każdej postaci co innego. Anastazja wybiera wysoko rozwiniętą wrażliwość, empatię oraz optymizm tak ogromny, że zadziwia swoich bliskich. Życie niejako życiem innych, czytanie ich, „patrzenie” jest dla Anastazji sposobem wyjścia poza własne ja, ale jednocześnie jest również po prostu jej cechą. Przyznam, że były momenty, kiedy zastanawiałam się, czy „patrzenie” Nastki nie jest przypadkiem próbą poradzenia sobie z technicznymi i warsztatowymi problemami zmiany narracji, które autor napotkał podczas pisania. Potem myślałam, że to wstęp do rozwinięcia nadprzyrodzonego wątku mocy. Ten trop zresztą bardzo szybko odrzuciłam. Kluczowe w rozstrzygnięciu roli „patrzenia” jest ostatnie zdanie powieści, które brzmi: „Przecież najważniejsze jest dobrze patrzeć, to przecież każdy wie”. Zrozumiałam, że Anastazja w swojej chorobie jest bardzo empatyczna. Ale może wcale nie chodzi tylko o jej postać, lecz o jakiś głębszy przepis na życie. Cytując Przemysława Czaplińskiego, chodziłoby tu o „empatię graniczącą z utożsamieniem” się z drugim człowiekiem, czyli o mocne i głębokie współodczuwanie, które jest kluczem do życia udanego. Bo człowiek jest istotą społeczną. To jedna z lekcji, które wynoszę z tej książki.
Wracając do optymizmu Anastazji, pragnę znów zaznaczyć, że nie jest on infantylizujący. Doszukuję się w nim kolejnego sposobu poradzenia sobie z chorobą. Wystarczy podać choćby ,,Fikumiku”, które jest słowem na rehabilitację w rodzinie Łabendowicz. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że zabieg ten jest próbą oswojenia i uatrakcyjnienia czynności tak długo trwającej i nieprzyjemnej, jak leczenie poprzez codzienne ćwiczenia oraz wszelkiego rodzaju masaże, maści itp. Tutaj na szczęście z pomocą przychodzi Pani Józefina, która wnosi do życia Anastazji powiew wolności, jakiego wcześniej nie znała przez nadopiekuńcze (choć uzasadnione) wychowanie ojca oraz opiekę siostry. Anastazja ewidentnie potrzebuje swobody i spontaniczności. To dodaje jej siły i sprawczości, dzięki czemu nie musi tkwić w zamknięciu w bańce zależności i bezradności. Anastazja marzy, żeby być jak Pani Józefina – odpuścić coś raz na jakiś czas, zapomnieć specjalnie choćby o posmarowaniu się maścią i zwyczajnie w świecie cieszyć się życiem.
Nie należy również zapominać, że pozytywna i niekiedy dziecięca, jednak nie w znaczeniu krzywdzącym, postawa Anastazji dodaje książce powiewu lekkości. Jest to mistrzowski zabieg Małeckiego – zestawienie takiej narracji z tematami niezwykle trudnymi. Dzięki temu mimo podejmowania trudnej tematyki powieść ma wydźwięk bardzo pozytywny i dodaje czytelnikowi otuchy.
No i w końcu pocztówki – bardzo ważna część przeżywania żałoby po matce przez Nastkę. Istotne, że dziewczynki – Anastazja i Łucja (jej siostra) – nigdy nie miały okazji w pełni zrozumieć powodu i porozmawiać o śmierci matki. Sposób, w jaki umarła pozostawał w ich świadomości w domyśle, ojciec unikał tego tematu niemalże obsesyjnie. Anastazja, próbując poradzić sobie z bolesną, niewyjaśnioną stratą, zaczęła prosić ludzi, aby wysyłali pocztówki podpisane imieniem mamy. W taki sposób dziewczyna pielęgnowała w sobie nadzieję na powrót mamy, nadzieję, że ona jest gdzieś daleko, ale jest. I to swego rodzaju wyparcie pozwalało jej na zachowanie optymizmu.
Również Łucja napotkała spore problemy z żałobą po matce. Widok, który dane jej było zobaczyć w dniu śmierci mamy, na zawsze pozostał w jej pamięci. Jej sposobem obrony była złość; na mamę, na ojca, który, jak myślała, również próbował popełnić samobójstwo (przez to, że ojciec nigdy z nią nie rozmawiał o tym, jak było naprawdę) i w końcu na sam ich związek. Był on niezwykle silny, Leopold i Lena żyli tak bardzo w swoim świecie i byli tak bardzo zapatrzeni w siebie, że jeszcze przed narodzinami Anastazji Łucja czuła się niezauważona. W jej przypadku żałoba po matce niejako pokryła się z próbą przepracowania choroby siostry. Uwzględnienie trudów, które spotykają rodzeństwo osób niepełnosprawnych to kolejny pokaz wnikliwości i odwagi Małeckiego. Poczucie pominięcia jest tutaj kluczowe. Siłą rzeczy Anastazja, jako dziecko wymagające opieki, otrzymywała jej więcej, mimo że rodzice dziewczynek zawsze dbali o obdarzanie uwagą również drugiej córki. Łucja zdawała sobie z tego sprawę, jednak wciąż odczuwała jej brak. Więc poświęciła swoje życie, szukając sposobu na zasłużenie sobie na miłość – najpierw obydwojga rodziców, potem samego ojca. Jako dziewczynka zauważyła pewną zależność – ojciec był z niej dumny i cieszył się, gdy osiągała sukcesy w balecie. Miała czego się „chwycić”. Spotkałam się z opiniami, że jej postać promuje niebezpieczne i autoagresywne zachowania. Jednak czytając Święto ognia, odniosłam zupełnie inne wrażenie. Postać Łucji nie ma niczego promować, mało tego, nie jest oceną moralną czy etyczną. Posunę się dalej w swoich stwierdzeniach, dochodząc do prostej konkluzji – Łucja po prostu taka jest. Jej obsesyjne dążenie do perfekcji i skłonność do aktywnego przepracowania bólu stanowią dla niej drogę, przez którą może udowodnić swoją wartość oraz być zwyczajnie w świecie zauważona. Małecki ilustruje zarówno potrzeby Łucji, jak i to, w jakiej sytuacji znalazł się ojciec. Wcale nie jest powiedziane, że on nie kocha swojej starszej córki. W pewnym momencie powieści sam przyznaje, że nie wie, jak okazać jej miłość. Ten przerażający brak komunikacji między nimi prowadzi do cichych konfliktów i nieporozumień zamiatanych konsekwentnie pod dywan – konfliktów, które ważą na całym życiu. Dlatego sądzę, że Święto ognia jest również o rodzinie, o kontaktach między ludźmi i o czymś tak prozaicznym, jak rozmowa.
Ojciec dziewczynek, Leopold, uosabia trzecią postawę wobec żałoby i jest w zasadzie najbardziej dotkniętą przez różne tragedie postacią w powieści. Leopold popada w stagnację po śmierci żony. Lena była osobą spontaniczną, pozytywną i w pewien sposób szaloną. Nie dawała się zamknąć w żadnych ścisłych ramach. Narodziny niepełnosprawnej córki stały się dla niej prawdziwą tragedią. Nie umiała się odnaleźć w nowej rzeczywistości, bo oznaczało to dla niej konieczność porzucenia swojego dawnego, wolnego i indywidualnego ja. Lena nie mogła znieść myśli o tym, że to pozytywne, pełne nastoletniej zabawy życie mogłoby runąć i postanowiła wybrać śmierć. Oto ostatnia postawa wobec trudu niepełnosprawności.
Wracając do Leopolda: przytłoczony obowiązkami, które spadają na niego w związku z opieką nad Anastazją, szuka dróg ucieczki – najpierw w alkohol, następnie w swój świat. Mówię „swój świat”, bo odczytuję puste mieszkanie przyjaciela Leopolda jako symbol melancholii. Można porównać go do klatki, w której Leopold może poczuć się bezpiecznie i na chwilę jeszcze młodo. Przywołuje wtedy wspomnienia o swojej żonie Lenie i tańczy. A z drugiej strony, to ta właśnie klatka zamyka go w przeszłości, która wydaje mu się bezpieczna. Leopold jest nierozerwalnie związany ze stratą, z którą nie może się pogodzić, dlatego wraca wspomnieniami do lat młodości. Nie umie pójść naprzód. Dopiero wyjście z mieszkania i zostawienie kluczyka, a w końcu taniec na ulicy, są symbolicznym dokonaniem się pracy żałoby – odpuszczeniem, oczyszczeniem i pójściem dalej.
W ogóle uważam taniec za szczególny element Święta ognia. To dzięki niemu dokonuje się bowiem proces przepracowywania żałoby. Czytelne jest, że zarówno Łucja, jak i Leopold przechodzą swego rodzaju przemianę pod koniec powieści. Leopold osiąga ją, porzucając mieszkanie przyjaciela, a Łucja również tańcząc na ulicy, ale także stawiając pod znakiem zapytania powodzenie całego Baletu Narodowego. Łucja potrzebowała zrobić coś szalonego, wyrwać się ze schematu, a może nawet… potraktować balet, który dotąd był drogą przez mękę ku udowodnieniu własnej wartości, jako zabawę. Jako coś luźnego, ale przede wszystkim coś, co kocha, o czym zdążyła zapomnieć, kiedy zaczęła postrzegać go jako marzenie nie swoje, lecz ojca. Balet pod koniec książki zaczyna wreszcie być czymś oczyszczającym. Bo takie właściwości przypisuje tańcu w swojej powieści Małecki.
Zwrócę uwagę jeszcze na jedną postać, na ojca Leopolda, który przejawiał podobne zamiłowanie do tańca, co jego syn. Zresztą kobiety w tej rodzinie również – matka Leopolda, Lena i Anastazja. Wszystkie są zafascynowane tym rodzajem ruchu. Anastazja, podczas sztuk baletowych, na które jeździ z tatą, by oglądać występy Łucji, przenosi się w swój świat i z autentyczną ciekawością oraz podziwem ogląda wirujące na scenie tancerki.
Muzyka i taniec stanowią więc temat pełen słów kluczy i jednocześnie spójne, jakby trzymające ramę, tło całej historii. To stała niezmienna, która nie tylko spaja książkę, ale również łączy postaci i pomaga im przetrwać. Muzyka oraz taniec obecne w marzeniach i życiach bohaterów stanowią środek terapeutyczny, mają moc. Dla przykładu Anastazja uważnie przysłuchuje się muzyce z balkonów sąsiadów (Maryla Rodowicz, Michael Jackson) i z tego czerpie radość podczas monotonnych dni spędzanych w mieszkaniu. Należy zauważyć, że sama książka zaczyna się od tego, że Anastazja skacze w kałużach, co przynosi na myśl uwalniający od zmartwień taniec, a kończy się „ulicznym” tańcem Łucji i Leopolda, co stanowi spójną klamrę. Taniec to coś, co nadaje tej książce charakter azylu, przytulniej przestrzeni, tak że czytając ją, odnosi się wrażenie pocieszenia. Mimo trudów dnia codziennego, straty i choroby, człowiek może znaleźć coś, co łączy go z innymi: pasje, miłość i beztroskę.
Mówiąc o tańcu, muzyce czy balecie, nie sposób nie wspomnieć tytułu książki. Święto ognia jest oczywiście nazwą sztuki baletowej, ale również pewną podpowiedzią interpretacyjną. Ogień stanowi kluczowy symbol dla odczytania właściwego przesłania powieści. Pierwszy raz pojawia się we wspomnieniu Leopolda – śmierci jego ojca. Widzimy płonący dom, czego powodem najprawdopodobniej było podpalenie. Dziadek dziewczynek, mimo wieści o nadchodzącej powodzi, zdecydował się zostać w swoim domu i w nim zginąć. Było to wydarzenie szczególnie traumatyczne dla Leopolda i myślę, że taki mógłby być pierwszy wydźwięk słowa ogień: krzywda, cierpienie, strata. Następne znaczenie oscylowałoby wokół słów zupełnie sprzecznych do powyżej wymienionych: oczyszczenie, wolność, siła, które łączylibyśmy z tańcem właśnie i jego terapeutyczną mocą, z przepracowaniem żałoby. Muszę przyznać, że nie widzę powodu ani konieczności odpowiadania na pytanie, która z tych dwóch interpretacji ognia jest właściwa dla tej powieści. Uważam, że ta dwoista symbolika jest bowiem właściwym przesłaniem, które mówi czytelnikowi: „Życie nie jest jednoznaczne czy zero-jedynkowe. Życie to zarówno trudne momenty, jak i te szczęśliwe. Ważne, by znaleźć w sobie siłę. A siłę znajdujemy w oparciu o drugiego człowieka, we wspólnocie i w wewnętrznej pasji do rzeczy, które kochamy”. Tak odczytuję tę powieść.
Podsumowując, dla mnie Święto ognia było przede wszystkim poruszającym doświadczeniem wewnętrznym i emocjonalnym. Przeżywałam chorobę Anastazji i jej trudności, traumatyczne wspomnienia Leopolda, nastoletnią miłość Leopolda z Leną, zmagania Łucji z ciałem i dążenie do perfekcji. W tym wszystkim miałam wrażenie, że ta historia jest tak bardzo o mnie, że to tak jakby moje życie opowiedzieć. Miejscami było mi ciężko wrócić do swoich trudności. Stresowałam się, wzruszałam i smuciłam, ale koniec końców była to dla mnie przytulna przestrzeń, w której mogłam bezpiecznie przeżyć emocje, odnaleźć kawałek siebie i odpuścić tak, jak zrobili to Leopold z Łucją. Przyszło do mnie swego rodzaju oczyszczenie. Dawno nie spotkałam się z takim uczuciem po skończeniu książki, zostawiła mnie z poczuciem niedosytu – chciałam czytać dalej i tkwić trochę dłużej w tej przytulnej, a przecież tak trudnej historii. Książka ma w sobie taką moc, że czytelnik się utożsamia, wczuwa, przeżywa, by na końcu zostać pocieszonym – wychodzi po lekturze z uczuciem lekkości — to mistrzowska robota, jaką wykonał Małecki. Jest blisko ludzi i ludzkich problemów, nie wyolbrzymia problemów, nie romantyzuje, a jego opowieść działa pokrzepiająco.
Tekst: Anna Milena Rosmus
Grafika: Natalia Bugaj