facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

O dwóch takich, którzy znaleźli się w lesie – część 4

– Dawaj – zagaił z zainteresowaniem przyjaciel.

– Może wypchajmy auto do drogi, postawmy trójkąt, włączmy awaryjne, może ktoś z przejeżdżających się zatrzyma i jakoś nam pomoże.

– To nie jest takie trudne. Gdzie jest „ale”?

– Nie da się tego zrobić po cichu i bez światła. Ryzykujemy, że zwrócimy na siebie uwagę. Jak nas zajdzie od tyłu, to kaplica i to dosłownie.

– Tak sobie myślę, że zamiast tu wjeżdżać, mogliśmy od razu zatrzymać się gdzieś na awaryjnym pasie…

– Teraz to nieważne. Sytuacja była niespodziewana i wyszło jak wyszło. To i tak lepiej, niż stanąć na środku drogi. Wchodzisz w ten pomysł?

– Wchodzę, chociaż twoje pomysły do tej pory były średnie. Trzeba spuścić z ręcznego.

– Okej, dawaj.

– Czekaj, bo muszę się tam jakoś od tyłu wczołgać. Wiesz, jak się kijowo wsiada przez bagażnik. Trzymaj mnie, żebym se krzywdy nie zrobił.

– To dziwnie wygląda. Ty się wypinasz, a ja za tobą.

– Cicho! Tobie się wszystko z jednym kojarzy. Już prawie mam drążek! Teraz muszę go tylko spuścić!

– Pospiesz się, bo to średnio wygodna pozycja.

– Przepraszam, czy ja panom nie przeszkadzam?

– O kurna, znalazł nas! – ryknąłem i zacząłem się wciskać do auta.

– Co?! Ała, nie po plecach, co ty odwalasz?!

– Zamknij się, on tu jest!

– Nie czuje nogi!

– Nie zbliżaj się do mnie gnoju! – ryknąłem do kogoś stojącego za mną.

– Ej! Wysiadać z auta i rączki do przodu! – krzyknął stanowczo obcy głos, kierując na nas wiązkę światła z latarki.

– Stary, co tu się odwala? – zapytałem swojego towarzysza podróży.

– Wyłazić! Zażywaliście jakieś substancje? Alkohol może? – zapytał głos, gdy gramoliliśmy się z auta.

– Ty, to policja! – rzuciłem ucieszony – Jak dobrze, że panowie są!

– My nic nielegalnego tu nie robiliśmy, koledze samochód się zepsuł i utknęliśmy, ale nic złego nie robimy. 

– Dokładnie, a poza tym w tym lesie to jest jakiś inny facet, co coś zakopywał, możliwe, że jakieś zwłoki.

– Przymknij się – rzucił przez zęby przyjaciel.

– Co, przecież tak było – oburzyłem się.

– Cicho!

– Bolek, tych dwóch skuwamy i na izbę. 

– Co jest, jaka izba?! My jesteśmy trzeźwi – powiedzieliśmy niemal równocześnie.

– Czyli naćpani – powiedział skuwając mnie policjant.

– Kolega robił kiedyś takie babeczki z czymś zielonym…

– Przymknij się debilu! – warknął przyjaciel. To nie była nielegalna substancja i na własny użytek. I dawno temu.

– Czyli jesteście naćpani, agresywni i pewnie uzbrojeni.

– Nie!

– Pojedziemy na izbę i się okaże.

– O nie! Ja się nie dam zgwałcić, zamordować i zakopać! I mój kolega też. To przeze mnie tu jest i nie pozwolę zrobić nam krzywdy. A poza tym, to każdy morderca taki jak ten tam, łamie praworządność i konstytucyjne prawo do życia w kraju prawa i sprawiedliwości!

– Ty, skąd ty takie słowa znasz? – zapytał mnie zdziwiony przyjaciel.

– Z telewizji.

– Ale chyba nie publicznej?

– Chcesz mi to teraz wypominać?

– Dobrze. Nie wnikam w panów orientację, poglądy, a nawet zdrowie psychiczne. Najpierw pojedziemy na izbę, a potem na komendę, tam sobie pogadamy.

– Jaką izbę?!

– No chyba nie dziecka. Stąd widzę, że panowie są pod wpływem jakichś substancji. Jedziemy! 

– Zaraz, zaraz! Proszę się wylegitymować najpierw – zażądał przytomnie przyjaciel.   

– Starszy sierżant Bolebor Kopydłowski i aspirant Krystian Marucha. Dostaliśmy zgłoszenie wtargnięcia na teren objęty zakazem. Właściciel zgłosił, że ktoś kręci się po lesie.

– Ale to nie my się kręcimy, tylko morderca! – powiedziałem.

– A poza tym, jak las jest państwowy, to chyba możemy w nim przebywać do woli – dodał przyjaciel.

– A kto powiedział, że teren państwowy nie może być objęty zakazem wstępu? – odrzekł policjant. Panowie, jak nie powinienem z wami w ogóle rozmawiać, tylko od razu zgarnąć do radiowozu, ale zrobię wyjątek, bo widzę, że młodzi, pewnie studenty. Jak się tu znaleźliście?

– No bo nam się zepsuł samochód. Zjechaliśmy tutaj z głównej drogi, no i kolega oparł się o rygiel drzwi, a że były źle domknięte, to się zatrzasnęliśmy. Ja próbowałem to jakoś otworzyć, ale… Nie wyszło. A kolega, miał problem, taki bardziej fizjologiczny, więc… – zacząłem tłumaczyć.

– Dobra stary, bez zbędnych szczegółów, okey? – przerwał mi towarzysz podróży. 

– No i potem poszliśmy w głąb lasu, żeby kolega mógł załatwić swoją sprawę. Ja, nie chcąc tak czekać, poszedłem za nim i na niego wpadłem. Znaczy to już było po tym jak kolega…

– Weźcie go przymknijcie jednak, bo jak go zaraz strzele to…

– Dobrze i co było dalej? – zapytał aspirant.

– Dalej widzieliśmy kogoś, kto przy świetle latarki kopał dół i podjęliśmy wspólną decyzję, żeby spie… uciekać. No i w trakcie tej ucieczki, zgubiłem telefon. A koledze się wyładował. Uciekliśmy z powrotem do auta, położyliśmy na ziemi, przykryliśmy kocem i czekaliśmy, czy za nami pobiegł – kontynuował opowieść mój towarzysz.

– A potem postanowiliśmy wyjść i wypchnąć auto na pobocze drogi, licząc, że ktoś nam pomoże. Resztę już pan zna – dodałem.

– Pracuję w policji piętnaście lat i różne rzeczy już słyszałem.

– Ale my prawdę mówimy. Tam naprawdę był facet z łopatą! 

– Czy to ten telefon pan zgubił? – policjant wyjął aparat.

– Tak! To mój!

– Znalazł go pracownik. Niedaleko miejsca, gdzie ponoć widzieliście „mordercę”.

– Ale my naprawdę…

– I niedaleko miejsca, w którym w ogóle nie powinno być cywili.

– No to gdzie my jesteśmy? – zapytałem.

– Na obszarze chronionym i wyłączonym z użytku publicznego.

– Chronionym przez kogo? – zapytał towarzysz.

– Nieważne – powiedział starszy sierżant – I pytać nie trzeba – dodał aspirant.

– A skąd można to było wiedzieć? Swoją drogą, po kiego wała kopał w nocy? – zapytałem.

– Dobrze, zabieramy was do miasta, po auto przyjedzie laweta i będzie do odbioru na naszym parkingu.

I tak powoli kończy się historia o dwóch takich, którzy znaleźli się w lesie. Kiedy po tych wszystkich przygodach dotarliśmy następnego dnia na przedpołudnie kawalerskie, siedzieliśmy w kącie pokoju, sącząc piwo.

– Krzywa ta akcja – powiedziałem.

– Nie żeby co, ale dziwne, że nagle się znaleźliśmy na jakimś niby chronionym terenie.

– Jakbyśmy byli na Mazurach, to bym jeszcze pomyślał, żeśmy się w Starych Kiejkutach znaleźli. 

– Stamtąd to byśmy już nie wrócili.

– Myślisz, że tu w okolicy są jakieś tajne bazy albo co? – zapytałem.

– A cholera go wie. Mnie co innego martwi.

– Co?

– Jak sobie kucałem za tym krzakiem, to miałem wrażenie, że na jakimś włazie stanąłem.

– Włazie?

– No klapie od włazu. Ale ciemno było.

– I co?

– No i tak sobie myślę, że jak to była jakaś tajna baza, może nawet amerykańska, to na pewno pod obserwacją i wszyscy widzieli te akta.

– Przejmujesz się? Mnie bardziej mandat boli i koszt lawety plus mechanik.

– No wiadomo, ale tak wiesz, przypał międzynarodowy trochę, gdyby się to stało viralem na przykład.

– E tam, najwyżej będziesz sławny, a całą akcję opisze się jako performens przeciwko Trumpowi. 

– Czyli?

– No z tagiem #sramnatakąamerykę.

– A jak to była jakaś inna baza?

– To się zmieni nazwę państwa w tagu – powiedziałem z rozbrajającą szczerością.

– W sumie tak – odrzekł, biorąc kolejny łyk piwa.

– Ziomeczki się budzą. W życiu nam nie uwierzą, co żeśmy odwalili.

– A człowiek się po prostu napić piwa i pobawić…

Koniec

Autor: Dawid Hornik

Post dodany: 25 października 2026

Używając tej strony, zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno