Ostatnie dni pokazały, że zima istnieje nie tylko w kalendarzu. Pogoda nie zachęcała do socjalizacji i wyjść z domu, a temperatura nie sprzyja by przesiadywać na opuszczonych w tę porę roku ławkach. Sama idea ławki postawionej czy to w parku, czy wzdłuż jakiegoś traktu lub nawet pod własnym blokiem jest w ogóle ciekawym do opisywania zjawiskiem, gdyż to właśnie ona jest niemym świadkiem (a może nawet prowodyrem?) licznych, mniej lub bardziej ożywionych dyskusji. Jedna z nich zapadła mi szczególnie w pamięci.
Korzystając pewnego wiosennego popołudnia ze słonecznej pogody postanowiłem, że wybiorę się na swoją ulubioną ławkę ulokowaną naprzeciwko stawu – właściwie jednego z trzech stawów. Stoi sobie tam nieco zapominania przez ludzi, dając poczucie swego rodzaju eksterytorialności w bądź co bądź miejscu publicznym. Nie byłoby jednak dobrze, abym siedział na niej sam. Co prawda toczenie monologu wewnętrznego jest twórcze, ba, można nawet samemu sobie przerywać i się z sobą nie zgadzać, jednak nic nie zastąpi w dialogu drugiego człowieka. Ta konstatacja skłoniła mnie do skontaktowania się z wprost wymarzonym do dyskusji filozoficznie usposobionym człowiekiem, który nieraz już udowadniał mi, że „wielkie umysły myślą podobnie”. Przez wrodzoną skromność nie chciałby pewnie zostać tu wymienionym z imienia i nazwiska, dlatego pozwolę sobie pominąć personalia.
Zacząć wypadałoby od tego, że nie bylibyśmy sobą, gdyby na początek naszego spotkania nie zaopatrzyć się w kilka puszek Pandory. Przy otwarciu pierwszej, temat, który podjęliśmy, dotyczył spraw bieżących. Ja wspomniałem, że czeka mnie wizyta na warsztacie, bo coś dudni w zawieszeniu, On, że w sumie też by musiał, bo coś niepokojąco piszczy w trakcie skręcania. Od tego był już tylko krok do podjęcia wątku cen paliw, które mimo obiecanych przez premiera w kampanii wyborczej pięciu złotych i dziewiętnastu groszy za litr, niekoniecznie tak się prezentują. I tak zaczęliśmy tyradę nieszczędzącą ani prawej, ani lewej strony sceny politycznej. Polityka jest bowiem niewyczerpanym źródłem inspiracji i każdego dnia dostarcza nam atrakcji, niczym karuzele w parkach rozrywki. Każde obrady sejmu, tym bardziej transmitowane na popularnej platformie, dają poczucie, jakbyśmy oglądali serial o nieokreślonej przez twórców liczbie odcinków, za to o określonym poziomie intelektualnym.
A historia bardzo lubi się powtarzać i choć zmieniają się czasy, niektóre nazwiska nadal są na piedestale i grają główne role – łącznie z tą, jaka przypada drugiej najważniejszej osobie w państwie. Nie brakuje też i takich, którzy mimo że wypadli już z szyn wielkiej polityki, to usadowili się na wygodnej pozycji komentatorów i pomylili obiektywną analizę rzeczywistości z permanentnym monologiem o własnej wybitności i nieomylności. Przypominają graczy, którzy usiłują nadal rozdawać karty, choć dawno odsunięto ich od stołu. Tworzy się więc opera mydlana, którą my, to znaczy ja ze swoim towarzyszem dialogu, bardzo chętnie oglądamy, próbując przewidzieć kolejne absurdy i zwroty akcji.
Ani się obejrzeliśmy, a otworzyliśmy już drugą puszkę z Pandorą, tym razem jednak z niepokojem komentując czasy przedwojenne, w jakich się znaleźliśmy. Przypomniała mi się przy tej okazji kultowa „Szeptanka” Bohdana Smolenia, w której mówił, że przeciwko jednym rakietom mamy protestować, a z drugich cieszyć, choć to wszystko jedno, z której strony spadnie, bo tak samo boli. A czy nie tak teraz wygląda konflikt Izraela z Palestyną? Czy przypadkiem nie mamy, jako opinia publiczna, jednych rakiet pochwalać a drugich potępiać? Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że to co dzieje się na Bliskim Wschodzie nie bardzo nas dotyczy. Ale już to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą, powinno nas zainteresować. Rozmawiając z moim towarzyszem dialogu pokusiłem się o stwierdzenie (nie swoje autorskie, a Marii Peszek), że lepszy żywy obywatel niż martwy bohater. Oczywiście spodziewałem się, że wykazanie tak niepatriotycznej postawy może spotkać się z ostrą reakcją wpółsiedzącego. On jednak z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że powrót obowiązkowej służby wojskowej to będzie dla niego sygnał, że pora wyciągnąć z szuflady paszport. Bo co innego jest bronić bliskich, a co innego cierpieć za miliony, w myśl patetycznego konstytucyjnego obowiązku wobec ojczyzny, która sama nie wypełnia swoich obowiązków wobec obywateli. I w sumie trudno mi się nie zgodzić z tym gorzkim stwierdzeniem, bo de facto na wojnie nie ma bohaterów, są tylko ci, którym udało się przeżyć, więc może w pierwszej kolejności nich do koszar zgłosi się cała nasza klasa polityczna? Byłby to także najlepszy, bo namacalny dowód na uzasadnienie istniejącego jeszcze do niedawna ministerstwa ds. równości, które dopilnowałoby, aby te 460 osób, w równym stopniu stanęło do obrony ojczyzny w pierwszym szeregu i z wezwaniem do „wgniecenia Putina w ziemię” na ustach. Oczywiście w formie bezosobowej, jako „osoby żołnierskie do obrony ojczyzny”. W końcu w tej materii, tak samo jak w innych, nie powinna być dyskryminowana żadna płeć i wszyscy powinni mieć równe szanse, by wstąpić w szeregi armii.
Przy trzeciej puszcze nie mogło zabraknąć tematu relacji. Słyszałeś o Tinderze w wersji offline – zapytałem nieco prowokacyjnie wpółsiedzącego. Jego odpowiedź otrzymałem w spojrzeniu, które pytało czy aby na pewno wszystko ze mną okey. Wszyscy się mijają, wszyscy czegoś chcą, ale nikt nie wie dokładnie czego. Tak jak w aplikacjach randkowych, tyle, że w realu – wyjaśniłem najprościej, jak potrafiłem. Ta teza ożywiła mojego towarzysza, który znowu celnie zauważył, że kobiety narzekają na niedojrzałość facetów, a faceci, że kobiety mają wymagania z kosmosu. Każdy czuje się ofiarą systemu, ale jednocześnie chce bliskości, chociaż najlepiej bez ryzyka porażki. Bardziej do siebie niż do niego, mruknąłem pod nosem, że jako społeczeństwo, to my niedaleko zajedziemy. Ten wniosek jednak jakoś dziwnie zarezonował w konfrontacji z miejscem, w którym się znajdowaliśmy. Ponieważ słońce już zachodziło i robiło się chłodno, a puszki Pandory przestały się mieścić w ulokowanym obok ławki koszu, postanowiliśmy, że najwyższa pora przenieść się w bardziej przyjazne miejsce. Wszak tematów, na które można porozmawiać nie da się tak szybko wyczerpać.
Idąc w kierunku zachodzącego słońca spojrzałem jeszcze w stronę ławki, na której tyle ważnych tematów zostało poruszonych. I nie tylko dzisiaj, przez nas, ale przez te wszystkie lata, odkąd ktoś ją tam postawił. To zresztą dotyczy każdej ławki, a bardzo często mijamy je bezrefleksyjnie. Nikt nawet nie pomyśli ile razy była ona niemym świadkiem czyjejś tragedii, romantycznych spotkań, wymiany poglądów czy nawet miejscem tzw. imprezy zamkniętej. Tak sobie myślę, że chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że od gadania i siedzenia na ławce jeszcze nic się na świecie nie zmieniło, to taka jest przecież jej idea. Ławka nie jest miejscem rozwiązywania problemów (choć na pewno zdarzały się przypadki, że ktoś dostał nań olśnienia), ale miejscem by o nich rozmawiać, komentować, werbalizować lub się od nich odcinać. Pamiętam, że mimowolnie zanuciłem wtedy w głowie piosenkę Mozila i Zabłockiego, do której wróciłem także tą zimową porą: Chodźmy na ławeczkę/ posiedzimy sobie/ tam troszeczkę /jak z człowiekiem człowiek/ lub nad rzeczkę/ albo morza brzeg/ bo to dobry lek/ na deprechę.
Tekst: Dawid Hornik