Są książki, które bawią; są takie, które uczą; i są wreszcie te, które każą czytelnikowi stanąć twarzą w twarz z tym, czego na co dzień boi się najbardziej – z samym sobą. Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo Karoliny Weroniki należy zdecydowanie do tej ostatniej kategorii. I to właśnie w tym bezkompromisowym spojrzeniu w głąb ludzkiej duszy tkwi największa siła.
Sięgając po pisarski debiut Karoliny Weroniki – z wykształcenia polonistki i kulturoznawczyni, z zawodu osoby pracującej w psychiatrii – kierowałam się ciekawością, którą wzbudził we mnie tytuł owej pozycji. Zastanawiałam się, czy nie jest to typowy chwyt w stylu: intrygująca nazwa, ale z przeciętną treścią – ważne, by książka się sprzedała. Następnie: może lektura będzie wymagająca emocjonalnie? Zapadnie na długo w pamięć? Biłam się z myślami aż do momentu, kiedy rozpoczęłam czytanie, jednak już po pierwszej stronie wiedziałam, że każda ze zgromadzonych w zbiorze historii zabrzmi autentycznie. Literacka wrażliwość i zawodowe doświadczenie mogą stworzyć mieszankę niezwykle dotkliwą – i takie faktycznie okazały się owe opowiadania.
Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo to starannie skomponowany zestaw krótkich narracji, które – zgodnie z tytułem – krążą wokół czterech fundamentalnych zagadnień: kochania, kresu życia, udręki i obłędu. Każdy z tych motywów stanowi oś osobnej części antologii, a wszystkie razem tworzą wielowymiarowy portret człowieka uwikłanego we własne emocje, lęki oraz pragnienia. Kreśląc bohaterów z krwi i kości, zmagających się z samotnością, rozpaczą, poczuciem wyobcowania, a nierzadko z myślami samobójczymi, autorka przywołała archetypy współczesnych Werterów i Ofelii balansujących na krawędzi. Każde opowiadanie jest szczere, przewrotne, momentami groteskowe; one nie epatują cierpieniem dla samego cierpienia, lecz przesiąknięte są głęboką empatią oraz zrozumieniem dla ludzkich słabości. Choć zdają się zadawać te same pytania: „jak żyć, gdy nie rozpoznaje się już nawet własnego oblicza? Gdy sami dla siebie jesteśmy obcy, nieprzystępni, jak intruzi, najgorsi wrogowie?”, nadal bazują na autentyczności.
Pisarka zawarła w tekstach wiele odwołań do kultury wysokiej i popularnej (zarówno rodzimej, jak i światowej). Czytelnik odnajdzie tu echa Dostojewskiego, który jest największą literacką obsesją Weroniki, nawiązania do Cierpień młodego Wertera Goethego oraz Boskiej komedii Dantego, czy inspiracje twórczością Edwarda Stachury. Te subtelne wplecenia nie przytłaczają, a pogłębiają wielowymiarowy rys książki, dzięki czemu nie istnieje ona w próżni, lecz staje się częścią większego, ciągle aktualnego dyskursu o kondycji człowieka.
Co zwróciło moją uwagę, to zamieszczone w dziele elementy religijne, a dokładnie rozmowy, jakie postaci prowadzą z Bogiem. Często są pełne bólu i retorycznych pytań: „Czemu mnie karzesz?”, „Dlaczego?”, „Ratuj mnie!”. Nie miałam wrażenia, jakoby twórczyni nachalnie narzucała dydaktyzm; odniesienia do wiary były raczej naturalnym przedłużeniem egzystencjalnych rozterek, a ich obecność nadała historiom głębi – służyły więc bardziej jako mocne przystanki refleksyjne niż katolickie prośby czy modlitwy.
Karolina Weronika posługuje się językiem, który zasługuje na szczególną uwagę. Pisze przystępnie, choć delikatnie erudycyjnie: nie unika łacińskich wyrażeń – są to jednak zwroty na tyle zadomowione w języku polskim, że nie wykluczają żadnego czytelnika; wręcz przeciwnie, wprowadzają do narracji pewien podniosły ton, nie popadając przy tym w pretensjonalność. Styl jest płynny, naturalny, łatwo sunie się wzrokiem po tekście. Twórczyni unika górnolotnych fraz oraz pseudofilozoficznego patosu. Jej proza jest zaskakująco lekka, zważywszy na ciężar poruszanych tematów – może dlatego kartki same się przewracają, a poszczególne historie wnikają pod skórę, zanim czytelnik zdąży się zorientować, jak głęboko weszły.
Najbardziej przypadła mi do gustu forma antologii, ponieważ daje ogrom swobody. Nie trzeba czytać jej po kolei; można otworzyć lekturę w dowolnym miejscu, wrócić do ulubionych fragmentów, wybrać niechronologiczną kolejność – a to wszystko bez obawy o utratę nici fabularnej. Dla zapracowanych, rozkojarzonych i tych, którzy nie mają czasu na wielkie epickie powieści to prawdziwy komfort. Struktura, gdzie zamiast jednej, linearnej opowieści, odbiorca otrzymuje całą mozaikę perspektyw, głosów i stanów psychicznych sprawia, że lektura nie nuży, a intryguje od pierwszego do ostatniego słowa. Dodatkowym atutem są daty powstania poszczególnych utworów, które budują swoistą intymność z tekstem i pozwalają wejść głębiej w kontekst twórczej podróży pisarki, co jeszcze bardziej angażuje. Można wręcz poczuć, że zagląda się do literackiego dziennika pełnego emocji, przemian oraz artystycznych poszukiwań.
Nie mogę też nie wspomnieć o stronie wizualnej publikacji. Okładka autorstwa Magdaleny Czmochowskiej – malarska, eteryczna, utrzymana w stonowanej kolorystyce – doskonale współgra z treścią książki, zapowiadając wrażliwość, z jaką przyjdzie się zmierzyć. W dobie krzykliwych grafik ta stanowi odświeżający wyjątek.
Osobnego słowa, niestety negatywnego, domaga się ostatnia część zbioru. Opowiadania schizofreniczne jako jedyne są ze sobą powiązane, przez co czyta się je inaczej niż resztę: wymagają skupienia i podążania za ciągłą narracją. Dla niektórych może to być zmiana niepożądana (dla mnie taka właśnie była!), jednak, jeśli spojrzeć na owy zabieg jako swego rodzaju literackie crescendo, które pokazuje, że pisarka radzi sobie zarówno z autonomią poszczególnych historii, jak i rozbudowaną spójną strukturą, to jest to dowód jej warsztatowej wszechstronności.
Miłość i śmierć, cierpienie i szaleństwo to pozycja, która przede wszystkim zmusza do refleksji, zrobienia porządnego „rachunku sumienia” i przewartościowania własnego życia. Choć jest książką o sprawach ostatecznych – bólu, samotności i obłędzie – to paradoksalnie niesie w sobie iskrę nadziei, bo mówiąc o ciemności, uczy, jak szukać światła.
Jeśli wypatrujecie lektury, która nie ucieka przed trudnymi pytaniami, która nie boi się pokazać człowieka w jego najsłabszych, najbardziej bezbronnych momentach i przy okazji napisana jest językiem, który sprawia przyjemność, sięgnijcie po ten zbiór. Karolina Weronika udowodniła, że ma coś ważnego do powiedzenia.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Novae Res.
Tekst: Daria Molenda

Źródło grafiki: https://en.wikipedia.org/wiki/Ophelia_%28Heyser%29#/media/File:Friedrich_Wilhelm_Theodor_Heyser_-_Ophelia.jpg