– Zostało nam jeszcze dwadzieścia kilometrów – powiedziałem z nieukrywaną radością.
– Nareszcie! Będę się mógł wykąpać i zjeść coś porządnego – odpowiedział przeciągając się pasażer z fotela obok.
– Nie smakuje ci wałówka, jaką przygotowałem na drogę?
– Nie przepadam za kanapkami z tuńczykiem.
– Dlaczego?
– Może dlatego, że nie lubię ryb.
– Zapach hrabiemu nie odpowiada.
– A propos zapach…. Czujesz?
– Co?
– Jedzie jakby jakimś płynem…
– Przewrażliwiony jesteś.
– Ty, a co ten samochód zaczął tak szarpać?!
– Jakie szarpać. Stara chabeta, wolno jedzie, ale dojedzie.
– Ta, już to widzę. Stary gruchot, w którym ciągle coś się psuje.
– Dobra, dobra. Mechanik się znalazł. Jasny gwint!
– Co?!
– Temperatura silnika mi rośnie i coś spod maski się kopci!
– A nie mówiłem!
– Nie pieprz mi tego swojego „a nie mówiłem”. Muszę się zatrzymać!
– Gdzie?! Jesteśmy na środku autostrady!
– Dziękuję za tę garść bezcennych informacji! Tam jest zjazd, chyba do lasu. Muszę zjechać.
– Super! Zamiast do Rajczy na kawalerski, to do lasu pojedziemy!
I w tym miejscu rozpoczyna się właściwa część opowiadania, w której ja i mój tworzysz podróży znaleźliśmy się w lesie. Nie chcąc przeszkadzać czytelnikowi, postanowiłem – wbrew roli wszechwiedzącego narratora – nie ingerować i nie komentować rozwoju wypadków, skupiając się na dialogach. No chyba, że sytuacja naprawdę będzie wymagała komentarza. Tymczasem wróćmy do lasu.
– A idź tam! Pewnie coś niewielkiego, pięć minut i jedziemy dalej. Chodź pomożesz mi – powiedziałem z nieco udawanym spokojem.
– Puścić ciebie samego pod maskę, to jak dać małpie wiązkę granatów! – nie mógł się powstrzymać od kąśliwego komentarza.
– Chodź już chodź. Cholera! Wszędzie biały dym!
– Twój silnik zorganizował konklawe i wybrał papieża!
– To będzie coś z termostatem…
– A może z układem chłodzącym?
– Skąd ten wniosek Watsonie?
– A nie dziwi cię ta dyndająca rura, która powinna być podłączona do termostatu?!
– To by tłumaczyło rosnącą temperaturę, dym i zapach płynu chłodzącego…
– Ale ty jesteś bystry! Normalnie Nobel, to dla ciebie zbyt błaha nagroda!
– Czego się wyżywasz? Wystarczy tę rurkę ponownie przymocować, zaleć płyn i po robocie!
– Pytanie za milion, skup się! Masz przy sobie przynajmniej litr płynu chłodzącego?
– Yyyy… Ile mam czasu na odpowiedź? Pierwsza odpowiedź się liczy? Chcę skorzystać z koła ratunkowego telefon do przyjaciela.
– Ty już nie masz przyjaciela. Płynu też nie masz.
– No widzisz. Tu nie mam i tu nie mam, a ty się rzucasz jakby coś było.
– Nie denerwuj mnie! Masz jakiś pomysł?!
– No… Tak średnio… A nie, mam jeden! Na stacji benzynowej mają takie płyny. Trza skoczyć i kupić.
– Skoczyć to ty sobie możesz, a nawet powinieneś – na główkę do kałuży!
– No co?! Przecież…
– Najbliższa stacja jest dwadzieścia kilometrów stąd! Mamy ostatni tydzień wakacji i jest godzina 20:11! Jeszcze jakiś pomysł?!
– Zadzwonić po pomoc drogową.
– Lepiej, ale taka pomoc nie kosztuje „Bóg zapłać”, a my mamy raczej wyliczoną kasę.
– No to mój bank pomysłów jest już zamknięty…
– Ty mi lepiej powiedz, kiedy on był otwarty.
– Pozwolę sobie zauważyć, że pomysł z organizowaniem kawalerskiego pośrodku niczego, w lesie jakimś, to nie był mój pomysł, tylko pański. Tuzy inteligencji się znaleźli zamiast do klubu iść.
– Tylko żeby jechać tam twoim autem, to już był twój pomysł.
– Trzeba sobie było na ostatnią chwilę o przeglądzie nie przypomnieć, zresztą negatywnym.
– Dobra, ja się poddaje. Nie chcę mi się tu sterczeć, brzuch mnie zaczynać boleć…
– Czekaj. Zamknę maskę, usiądziemy i pomyślimy.
– Ja wiedziałem, że to się tak skończy.
– Nie przesadzaj nie jest źle. Jest ciepły wieczór, siedzimy sobie wygodnie i bezpiecznie. Drzwi się zamknie i komary nas nie pogryzą. Mogło być gorzej. A jest miło, milusio, coś się wykmini.
– Optymista się znalazł! My mieliśmy chlać w domku w lesie! Nie utknąć w lesie! I co gorsza, czeka nas w tym lesie noc! A rano, wycieczka! Piesza! Może być gorzej?! Cholera…!
– No i po co się opierasz łokciem o drzwi? Zaryglowałeś je. Z tobą…
– Oj tam! To akurat nasz najmniejszy problem! Przecież wystarczy pociąg…
– Co jest? Siła cię opuściła?
– Nie idzie tego cyngla podnieść…
– Jak nie idzie? Sam to zrobię od swojej strony. O cholera!
– Co?
– Zaklinowało się…
– Jak zaklinowało?!
– Widocznie któryś z nas miał źle zamknięte drzwi i rygle się po wciśnięciu zablokowały.
– Co znaczy zablokowały?! Jak zablokowały?! Gdzie?!
– Odpowiadając na pytanie numer jeden, zablokowały się, to znaczy są nieruchome…
– Ja się nie pytam o definicję słowa zablokowały, tylko o to co teraz będzie!
– Czekaj, nie panikuj. Może uda mi się to wyciągnąć… Ciężko będzie… Ni cholery nie chce się podnieść…
– Powtórzę pytanie: co teraz?!
– Co co? Czekaj, daj pomyśleć… Zawsze zostają okna…
– Sugerujesz, że mam stąd wyjść, przeciskając się przez to okno?!
– No właśnie niekoniecznie przez to konkretne okno…
– Że co, słucham?!
– Akurat okno z twojej strony się nie otwiera. Wypadło z tych… prowadnic i się nie otwiera. Miałem to naprawić, ale jakoś…
– Chcesz powiedzieć, że jak zakręcę tą śliczną korbą, to to okno nie zejdzie w dół?!
– Korbą możesz se kręcić do woli, ale okno nie będzie współpracowało.
– Otwieraj swoje!
– I tu dochodzimy do drugiej ciekawostki. Otóż moje okno…
– Nawet mnie nie…
– Nie nie! Otwiera się, spokojnie
– No… Masz szczęście.
– Ale tylko do połowy…
– Że co?!
– No bo na przykład tylne okna, otwierają się do połowy z powodu blokady rodzicielskiej, jakby się dzieci wiozło, żeby nie wypadły. A w moim oknie, chyba się coś zepsuło, po poniżej tego poziomu nie zejdzie. Miałem się tym zająć po wakacjach, podjechać na warsztat, ale…
– Super, to ja rozwalam przednią z buta.
– Co rozwalam?! Gdzie?! Ja się nie zgadzam! Będziesz płacił!
– Strzeli mnie coś zaraz! Utknęliśmy w lesie, w zatrzaśniętym aucie i za chwilę będzie ciemno! Masz jeszcze jakieś rewelacje?!
– Przynajmniej jesteśmy bezpieczni i nie zaatakuje nas żadne dzikie zwierzę, na przykład dzik.
– Zamknij się! Wymyślaj jak stąd wyjść, bo nie ręczę za siebie!
– Dobra, spokojnie, coś wymyślę. Trzeba zdjąć tapicerkę i zajrzeć co tam się w zamku zablokowało.
– No to rozkręcaj! Proszę bardzo!
– Podaj mi śrubokręt ze schowka.
– Masz! Tylko się pośpiesz!
– Spokojna twoja jajowata. Dwie śruby rozkręcić i już będzie… Tylko trochę mało miejsca tu mam. Lepiej by mi się rozkręcało przy otwartych drzwiach.
– Jeszcze jedno słowo…
– Dobra, nic nie mówię. Trzymaj, jedna śruba… I zaraz druga… Proszę bardzo! Śruby rozkręcone, teraz trza to zdjąć… Może być problem…
– Twoje drugie imię to problem! Co znowu?!
– No mam małe pole manewru, a mój fotel już dalej się nie odsunie.
– Próbuj od dołu to zdjąć.
– Czekaj, coś idzie…
– Uważaj, bo zaraz jak zwykle coś połamiesz!
– Cicho! Mam! Trzymaj!
– A gdzie ja mam ci to wsadzić?! Przecież ja tu miejsca nie mam!
– Połóż z tyłu, tylko uważaj i nie ocieraj tego o mnie!
– Ty już lepiej nic nie mów! Twój złom, naprawiaj!
– Tylko nie złom! O! Widzisz? Tu jest cały mechanizm centralnego zamka. Coś się tu zablokowało i rygle utknęły.
– Brawo! Nie znajduje słów, żeby wyrazić szczęście z tak trafnie postawionej diagnozy!
– Teraz wystarczy ten patyczek odgiąć i… Ojć…
– Co ojć?!
– Ale nie będziesz krzyczeć?
– Nie, ja jestem całkiem spokojny, a nawet zrelaksowany. No co tam?
– Chyba się złamało…
– Co się złamało?
– No ten patyczek… Łącznik znaczy…
– I co w związku z tym?
– No, sądzę, że może mi się nie udać odblokować zamka… Dlaczego nagle zrobiłeś się czerwony?
I w tym miejscu muszę się jednak wtrącić, ponieważ to nie było do końca tak z mojej perspektywy. Otóż ja zupełnie nieintencjonalnie wyprowadziłem z równowagi mojego przyjaciela, a nawet poczyniłem obserwacje, że niedostatecznie panuje nad gniewem. Opuszczę zatem wzajemną wiązankę, która nie wnosi za wiele do fabuły poza kwestionowaniem reputacji naszych matek i przejdźmy do wydarzeń z cyklu „kilka minut później”.
CDN…
Autor: Dawid Hornik