– Dawaj – zagaił z zainteresowaniem przyjaciel.
– Może wypchajmy auto do drogi, postawmy trójkąt, włączmy awaryjne, może ktoś z przejeżdżających się zatrzyma i jakoś nam pomoże.
– To nie jest takie trudne. Gdzie jest „ale”?
– Nie da się tego zrobić po cichu i bez światła. Ryzykujemy, że zwrócimy na siebie uwagę. Jak nas zajdzie od tyłu, to kaplica i to dosłownie.
– Tak sobie myślę, że zamiast tu wjeżdżać, mogliśmy od razu zatrzymać się gdzieś na awaryjnym pasie…
– Teraz to nieważne. Sytuacja była niespodziewana i wyszło jak wyszło. To i tak lepiej, niż stanąć na środku drogi. Wchodzisz w ten pomysł?
– Wchodzę, chociaż twoje pomysły do tej pory były średnie. Trzeba spuścić z ręcznego.
– Okej, dawaj.
– Czekaj, bo muszę się tam jakoś od tyłu wczołgać. Wiesz, jak się kijowo wsiada przez bagażnik. Trzymaj mnie, żebym se krzywdy nie zrobił.
– To dziwnie wygląda. Ty się wypinasz, a ja za tobą.
– Cicho! Tobie się wszystko z jednym kojarzy. Już prawie mam drążek! Teraz muszę go tylko spuścić!
– Pospiesz się, bo to średnio wygodna pozycja.
– Przepraszam, czy ja panom nie przeszkadzam?
– O kurna, znalazł nas! – ryknąłem i zacząłem się wciskać do auta.
– Co?! Ała, nie po plecach, co ty odwalasz?!
– Zamknij się, on tu jest!
– Nie czuje nogi!
– Nie zbliżaj się do mnie gnoju! – ryknąłem do kogoś stojącego za mną.
– Ej! Wysiadać z auta i rączki do przodu! – krzyknął stanowczo obcy głos, kierując na nas wiązkę światła z latarki.
– Stary, co tu się odwala? – zapytałem swojego towarzysza podróży.
– Wyłazić! Zażywaliście jakieś substancje? Alkohol może? – zapytał głos, gdy gramoliliśmy się z auta.
– Ty, to policja! – rzuciłem ucieszony – Jak dobrze, że panowie są!
– My nic nielegalnego tu nie robiliśmy, koledze samochód się zepsuł i utknęliśmy, ale nic złego nie robimy.
– Dokładnie, a poza tym w tym lesie to jest jakiś inny facet, co coś zakopywał, możliwe, że jakieś zwłoki.
– Przymknij się – rzucił przez zęby przyjaciel.
– Co, przecież tak było – oburzyłem się.
– Cicho!
– Bolek, tych dwóch skuwamy i na izbę.
– Co jest, jaka izba?! My jesteśmy trzeźwi – powiedzieliśmy niemal równocześnie.
– Czyli naćpani – powiedział skuwając mnie policjant.
– Kolega robił kiedyś takie babeczki z czymś zielonym…
– Przymknij się debilu! – warknął przyjaciel. To nie była nielegalna substancja i na własny użytek. I dawno temu.
– Czyli jesteście naćpani, agresywni i pewnie uzbrojeni.
– Nie!
– Pojedziemy na izbę i się okaże.
– O nie! Ja się nie dam zgwałcić, zamordować i zakopać! I mój kolega też. To przeze mnie tu jest i nie pozwolę zrobić nam krzywdy. A poza tym, to każdy morderca taki jak ten tam, łamie praworządność i konstytucyjne prawo do życia w kraju prawa i sprawiedliwości!
– Ty, skąd ty takie słowa znasz? – zapytał mnie zdziwiony przyjaciel.
– Z telewizji.
– Ale chyba nie publicznej?
– Chcesz mi to teraz wypominać?
– Dobrze. Nie wnikam w panów orientację, poglądy, a nawet zdrowie psychiczne. Najpierw pojedziemy na izbę, a potem na komendę, tam sobie pogadamy.
– Jaką izbę?!
– No chyba nie dziecka. Stąd widzę, że panowie są pod wpływem jakichś substancji. Jedziemy!
– Zaraz, zaraz! Proszę się wylegitymować najpierw – zażądał przytomnie przyjaciel.
– Starszy sierżant Bolebor Kopydłowski i aspirant Krystian Marucha. Dostaliśmy zgłoszenie wtargnięcia na teren objęty zakazem. Właściciel zgłosił, że ktoś kręci się po lesie.
– Ale to nie my się kręcimy, tylko morderca! – powiedziałem.
– A poza tym, jak las jest państwowy, to chyba możemy w nim przebywać do woli – dodał przyjaciel.
– A kto powiedział, że teren państwowy nie może być objęty zakazem wstępu? – odrzekł policjant. Panowie, jak nie powinienem z wami w ogóle rozmawiać, tylko od razu zgarnąć do radiowozu, ale zrobię wyjątek, bo widzę, że młodzi, pewnie studenty. Jak się tu znaleźliście?
– No bo nam się zepsuł samochód. Zjechaliśmy tutaj z głównej drogi, no i kolega oparł się o rygiel drzwi, a że były źle domknięte, to się zatrzasnęliśmy. Ja próbowałem to jakoś otworzyć, ale… Nie wyszło. A kolega, miał problem, taki bardziej fizjologiczny, więc… – zacząłem tłumaczyć.
– Dobra stary, bez zbędnych szczegółów, okey? – przerwał mi towarzysz podróży.
– No i potem poszliśmy w głąb lasu, żeby kolega mógł załatwić swoją sprawę. Ja, nie chcąc tak czekać, poszedłem za nim i na niego wpadłem. Znaczy to już było po tym jak kolega…
– Weźcie go przymknijcie jednak, bo jak go zaraz strzele to…
– Dobrze i co było dalej? – zapytał aspirant.
– Dalej widzieliśmy kogoś, kto przy świetle latarki kopał dół i podjęliśmy wspólną decyzję, żeby spie… uciekać. No i w trakcie tej ucieczki, zgubiłem telefon. A koledze się wyładował. Uciekliśmy z powrotem do auta, położyliśmy na ziemi, przykryliśmy kocem i czekaliśmy, czy za nami pobiegł – kontynuował opowieść mój towarzysz.
– A potem postanowiliśmy wyjść i wypchnąć auto na pobocze drogi, licząc, że ktoś nam pomoże. Resztę już pan zna – dodałem.
– Pracuję w policji piętnaście lat i różne rzeczy już słyszałem.
– Ale my prawdę mówimy. Tam naprawdę był facet z łopatą!
– Czy to ten telefon pan zgubił? – policjant wyjął aparat.
– Tak! To mój!
– Znalazł go pracownik. Niedaleko miejsca, gdzie ponoć widzieliście „mordercę”.
– Ale my naprawdę…
– I niedaleko miejsca, w którym w ogóle nie powinno być cywili.
– No to gdzie my jesteśmy? – zapytałem.
– Na obszarze chronionym i wyłączonym z użytku publicznego.
– Chronionym przez kogo? – zapytał towarzysz.
– Nieważne – powiedział starszy sierżant – I pytać nie trzeba – dodał aspirant.
– A skąd można to było wiedzieć? Swoją drogą, po kiego wała kopał w nocy? – zapytałem.
– Dobrze, zabieramy was do miasta, po auto przyjedzie laweta i będzie do odbioru na naszym parkingu.
I tak powoli kończy się historia o dwóch takich, którzy znaleźli się w lesie. Kiedy po tych wszystkich przygodach dotarliśmy następnego dnia na przedpołudnie kawalerskie, siedzieliśmy w kącie pokoju, sącząc piwo.
– Krzywa ta akcja – powiedziałem.
– Nie żeby co, ale dziwne, że nagle się znaleźliśmy na jakimś niby chronionym terenie.
– Jakbyśmy byli na Mazurach, to bym jeszcze pomyślał, żeśmy się w Starych Kiejkutach znaleźli.
– Stamtąd to byśmy już nie wrócili.
– Myślisz, że tu w okolicy są jakieś tajne bazy albo co? – zapytałem.
– A cholera go wie. Mnie co innego martwi.
– Co?
– Jak sobie kucałem za tym krzakiem, to miałem wrażenie, że na jakimś włazie stanąłem.
– Włazie?
– No klapie od włazu. Ale ciemno było.
– I co?
– No i tak sobie myślę, że jak to była jakaś tajna baza, może nawet amerykańska, to na pewno pod obserwacją i wszyscy widzieli te akta.
– Przejmujesz się? Mnie bardziej mandat boli i koszt lawety plus mechanik.
– No wiadomo, ale tak wiesz, przypał międzynarodowy trochę, gdyby się to stało viralem na przykład.
– E tam, najwyżej będziesz sławny, a całą akcję opisze się jako performens przeciwko Trumpowi.
– Czyli?
– No z tagiem #sramnatakąamerykę.
– A jak to była jakaś inna baza?
– To się zmieni nazwę państwa w tagu – powiedziałem z rozbrajającą szczerością.
– W sumie tak – odrzekł, biorąc kolejny łyk piwa.
– Ziomeczki się budzą. W życiu nam nie uwierzą, co żeśmy odwalili.
– A człowiek się po prostu napić piwa i pobawić…
Koniec
Autor: Dawid Hornik