Szwajcarsko-Polska koprodukcja z 2014 roku w reżyserii Matthiasa Husera to bardzo specyficzne, absurdalne i ocierające się o surrealizm kino drogi, umiejscowione gdzieś w ramach europejskiego kina artystycznego. Jest to dzieło bardzo wolno rozpędzające się, jednak warto się z nim zapoznać choćby ze względu na pęknę przestrzenne kadry.
Pełnometrażowe debiuty filmowe często potrafią być nieudane, nierzadko stanowiąc jeszcze ekranowy poligon doświadczalny dla twórców i ich indywidualnego filmowego sposobu snucia opowieści. I właśnie Arizona w mojej głowie jest pełnometrażowym debiutem urodzonego w 1979 roku szwajcarskiego artysty Matthiasa Husera. Nakręcony w plenerach środkowej Polski film opowiada historię Leonarda (Krzysztof Kiersznowski), który w wyniku losowania żywcem wyjętego z Koła Fortuny zostaje wyznaczony przez szefostwo swojej firmy (o jakże zacnej nazwie Pronto Telephone) do rozmontowania należących do niej budek telefonicznych. Firma jest zamykana ze względu na swój brak rentowności we współczesnym, cyfrowym świecie, a demontaż owych aparatów telefonicznych ma być ostatnim krokiem do jej całkowitej likwidacji. W swoją wyprawę wyrusza wraz z przebywającym na zwolnieniu warunkowym Benem (Eryk Lubos), który na trasie ma pełnić rolę jego kierowcy. Wspólnie wybierają się w drogę przez bezkresną przestrzeń polskiej prowincji, natykając się na wszechogarniającą pustkę. W międzyczasie przewijają się wątki kolejnych specyficznych postaci, które na swojej drodze napotyka duet od demontażu telekomunikacyjnego sprzętu. W tym gronie znajdują się chociażby Marbella, żona Leonarda (Halina Skoczyńska) i nader rozczarowujący wątek odnalezienia mamuta (lub bardziej jego kości) w pobliskiej kopalni żwiru. Warto wspomnieć, też mężczyznę z gipsem, który na totalnym odludziu przy pasących się kozach „czeka na telefon, bo prowadzi wózek widłowy” albo niemniej absurdalną i świetną scenę z pracownikami bliżej nieokreślonej fabryki śpiewających przy posiłku pieśń pochwalną na cześć wykonywanej przez siebie pracy (swoją drogą odgłos łyżek ocierających się o dno talerzy chwile wcześniej jest po prostu cudowny).
Ten bardzo specyficzny jak na polskie warunki film kina drogi jest skomponowany ze świetnych, szerokich i długich kadrów, podczas których na ekranie nie dzieje się zbyt wiele. Zazwyczaj przedstawiają one tereny wiejskie i podmiejskie, na pozór niesamowicie zwykłe i często niezbyt urodziwe, lecz na swój artystyczny sposób fascynujące oraz melancholijne. Nie usłyszymy też wielu dialogów (swoją drogą bardzo cichych, gdyż nieco już tradycyjnie, ten element jest najsłabszym elementem w polskich filmach). Historia ukazana w Arizonie w mojej głowie chciałaby grać ciszą, brakiem jakiejś dynamicznej akcji, bowiem tempo tego filmu jest bardzo powolne, wręcz boksujące w miejscu, nieporuszające się ani do przodu, ani do tyłu, ukazując beznadziejną stagnację czy wegetacje bohaterów tej produkcji. Ludzi, którzy są ekstremalnie introwertyczni, zamknięci w swych bańkach, komunikujący się z innymi tylko wtedy, kiedy trzeba. Widać to na przykładzie relacji Marbelli i jej męża. Mimo życia razem, prowadzą swoją egzystencję osobno, lecz bez siebie nie wytrzymują zbyt długo. Jest to tym bardziej potęgowane pustką, jaka wylewa się z ekranu pomiędzy kolejnymi powoli zmieniającymi się statecznymi ujęciami. Ciekawym zabiegiem narracyjnym jest przedstawianie niektórych scen z westernowej książki, którą Leonard znalazł na początku filmu, z offu, co przewija się przez całą długość produkcji. W momencie danej sekwencji zamiast faktycznych dialogów słyszymy tylko spokojne czytanie interpretujące to, o czym rzeczywiście mogłaby być mowa. Zresztą sam film też stara się być trochę hołdem dla Westernu, chociażby poprzez używanie przez główny ekranowy duet pick-upa czy nawiązującego do motywu z książką konia, którego Leonard niczym protagonista owego utworu literackiego dosiądzie.
Zamierzona tutaj oszczędność wszelkich środków (od dialogów, ujęć aż po ukazaną historie) ma na celu znacznie zwiększyć tę wymowną pustkę, o której Arizona w mojej głowie opowiada. Pustkę egzystencjalną ludzi, którzy zagubili się gdzieś w świecie transformacji, najprawdopodobniej ustrojowej, co jest ukazane jako koniec ery analogowej (demontaż budek telefonicznych) i wstęp do ery cyfrowej. I właśnie ta ukazana pustka jest czymś jednocześnie przyciągającym, a jednocześnie odpychającym w swojej nastawionej na kontemplacje kina slow cinema formie, wyczekując czegoś, czego ten film raczej nigdy nam nie dostarczy. Odpowiedzi, rozwiązania, ratunku czy czegokolwiek. Jest to posiadający pewne wady film, który jednak ma niebywałą moc oddziaływania, a jego koncept jest na swój sposób urokliwy i po prostu bardzo dobry. Tylko końcowe wykonanie reżysera Matthiasa Husera, dla którego był to do tej pory jedyny pełnometrażowy film, nie do końca spełniło moje oczekiwania. Aczkolwiek mamy tutaj do czynienia z pewną wyjątkową ekranową hybrydą. Szwajcar kręcący w Polsce film podszyty fascynacją kulturą amerykańską, którego oszczędność formy przywodzi na myśl fińskie produkcje, gdzie powolne tempo, minimalizm czy specyficzne podejście do tematu samotności (nawet pośród innych ludzi) bardzo często występują, charakteryzując tę kinematografię. Jednak przy odpowiednim zapasie ekranowej cierpliwości warto wkroczyć do świata Arizony w mojej głowie i jego statecznym, artystycznym scenom zagubionym gdzieś pośród polskiej prowincji.
Tekst: Alan Żak