facebook

Wpisz wyszukiwaną frazę i zatwierdź, używając "ENTER"

pele-mele– recenzja najnowszego albumu Lor

Szóstego marca 2026 roku zespół muzyczny Lor wydał swój piąty album pt. pele-mele. Kim są, co chcą nam opowiedzieć i w jaki sposób to robią?

Lor – zespół, który zadebiutował na polskiej scenie muzycznej ponad dekadę temu, składa się z czterech członkiń, znających się jeszcze z czasów gimnazjum. Swoje pierwsze (pełne sukcesów) kroki twórczynie stawiały, będąc jeszcze w liceum i od tamtej pory mówią głosem naszego pokolenia. Po raz pierwszy usłyszałam je w utworze Nikt, którym przekonały mnie do swojej muzyki i tekstów. Z ciekawością oczekiwałam więc najnowszego krążka, by w końcu przekonać się, że zarówno muzycznie, jak i treściowo, wiele on oferuje.

Przechodząc do opisu albumu, pozwolę sobie zatrzymać się chwilę na samym tytule pele-mele. Najpewniej jest to nawiązanie do popularnego kiedyś w szkołach zeszytu z pytaniami, na które kolejno odpowiadali różni uczniowie, złote myśli. Była więc to gra towarzyska, pewien sposób poznawania się nawzajem, ale także potencjalne miejsce zwierzeń. Biorąc pod uwagę fakt, że artystki połączone są przez wspólnie spędzone lata szkolne, możemy założyć, że album jest wyznaniami koleżanek – takimi, które najczęściej dotyczą samopoczucia oraz, oczywiście, przeżyć miłosnych. Na okładce albumu znajdziemy kolorowy kolaż utrzymany w stylu dyskotekowych lat dwutysięcznych, którymi inspirowały się artystki. Tworzą go zdjęcia członkiń zespołu, telefonów z klapką czy lalek-trolli, wszystko przesłodzone nieco różowym kolorem.

Na płytę składa się jedenaście utworów, w tym dwa nagrane we współpracy z innymi artystami. Choć nie są one ze sobą ściśle powiązane, tworzą spójną całość, która rysuje portret młodego człowieka we współczesnym świecie, jednocześnie czerpiąc z kultury i muzyki lat wcześniejszych. Być może, aby skłonić do refleksji nad tym, co zmieniło się od początku dekady, a co pozostało takie samo.

Album otwiera utwór na oścież – uważam, że to bardzo przemyślany wybór pierwszego kawałka. Jest on rytmiczny i rozpoczyna się melodią graną na charakterystycznych już dla Lor skrzypcach (Julia Błachuta), dzięki czemu zachęca do zapoznania się z albumem dalej. Jednak to, co mnie urzekło w nim jeszcze bardziej, to poruszana przez niego tematyka, dobrze zarysowana już w pierwszych słowach:

„Sygnał – nie doliczę się, który

Szumy, ledwo rozumiem, co mówisz

Ceny podmiejskich domów z ogrodem

Kredyt – tak, żeby nie truć się smogiem

Coraz częściej pracuję po nocach

Coraz trudniej się we mnie zakochać”

Utwór w niedosłowny sposób opowiada o osobie zmęczonej XXI-wieczną pogonią za sukcesem, „szczęściem” i pieniędzmi. Stanowi krytykę schematu, według którego żyje społeczeństwo, zatracając swoją podmiotowość oraz narażając zdrowie. Mimo że linia melodyczna utworu jest raczej lekka i swobodna, w tekście dużo jest melancholii, żalu za tym, co minęło. Sądzę, że na początku swojego albumu twórczynie chcą niejako odseparować się od mainstreamu. Choć czerpią inspirację z muzyki popularnej i nie unikają popowych brzmień, tworzą własną i autentyczną sztukę, nie boją się stanąć w kontrze do tego, co powszechne.

Kolejny utwór, wszystko jedno, wszystko źle, zdaje się być logiczną kontynuacją piosenki otwierającej album. Zaczyna się słowami „nastawiam się na deszcz i na niezręczność” i dalej rozwija tę pesymistyczną tematykę. Możemy tu założyć, że zmęczony realiami świata, w którym żyje, podmiot liryczny z pierwszego utworu dalej opowiada nam o sobie. Doskwierające mu smutek i żal zmieniają się w wycofanie, postawę bez oczekiwań i nadziei, co dalej rysuje nam portret psychiczny współczesnego człowieka. Poznajemy go coraz bliżej – tendencję tę kontynuować będzie trzecia piosenka.

najgorsze restauracje od początku urzekły mnie przewrotnością swojej treści. Utrzymany w wesołych muzycznych tonach, utwór opowiada o nieszczęśliwym, być może toksycznym, związku, gdzie jedna osoba wycofuje się powoli, „Żeby być, ale żeby mnie nie było/Żeby się bezboleśnie odchodziło”. Utrzymuje w tym ona pewien dystans do siebie samej, wypowiada się wręcz żartobliwie „Jakie miłe to, jakie to taktowne/Że się troszczę o ciebie z czasów po mnie”. Widać tu wysoką sprawność językową autorki wszystkich tekstów Lor i basistki zespołu, Pauliny Sumery. Potrafi ona ująć zasmucające i poważne tematy w lekki sposób. Myślę, że jest to charakterystyczne dla całego albumu.

Pozwolę sobie potraktować kolejne dwa utwory z płyty jako duet, ponieważ zauważam w nich liczne podobieństwa i, jak sądzę, nieprzypadkowo zostały one umieszczone obok siebie. jet lag oraz mario to, na ten moment, najbardziej popularne piosenki z pele-mele. Obydwie wypuszczone zostały wcześniej jako single promujące album i, jak autorki przyznały w wywiadzie udzielonym dla Polskiego Radia Trójka, to niespodziewany sukces mario (ponad 2 mln odtworzeń w serwisie Spotify) niejako zmusił je do przyspieszenia prac nad płytą. Utwory mają dość prostą, popową linię melodyczną, a ich teksty są raczej dosłowne. Zarówno jet lag jak i mario zwracają się do lirycznego „Ty”, miłości – tej, która trwa i tej, która została utracona. Tytułowy jet lag jest metaforą poczucia obcości świata, tęsknoty za tym, co bliskie i znajome, niecierpliwego oczekiwania na powrót do domu. Z kolei mario to wspomnienia – „Mario Kart i niezebrane pranie/To po tobie zapamiętam”. Treści są więc melancholijne, tęskne, jednak, przynajmniej mnie, nie poruszają głęboko. Słuchając ich nie skupiam się na tekstach, ale na dominującej dyskotekowej muzyce (kompozytorką w zespole jest Julia Skiba). Chciałam tutaj nieco skrytykować Lor za odejście od swoich folkowych korzeni (przecież to od folk+lor wzięła się sama nazwa zespołu), jednak przypomina mi się wypowiedź artystek udzielona w wywiadzie dla Polskiego Radia Czwórka:

„Przez lata dorosłyśmy muzycznie, bo kiedyś bardzo zależało nam na jakimś artyzmie i żeby piosenki były liryczne, a teraz się uspokoiłyśmy i stwierdziłyśmy, że nie ma wstydu w lubieniu popowej muzyki, więc czerpiemy z tego więcej”.

A więc nawet te popowe wpływy zespół traktuje świadomie jako inspiracje, a nie poddaje się bezmyślnie mainstreamowi. Choć do mnie jet lag mario zwyczajnie nie przemawiają, mogę zrozumieć, czemu tak wiele osób się nimi zachwyciło.

Są to jak na razie jedyne utwory z albumu, do których stworzono teledyski. Widać, że na ich wyprodukowanie nie został przeznaczony znaczny budżet; składają się z kilku powtarzalnych scen, w których występuje cały zespół. Zachęcam do samodzielnego obejrzenia ich. Pozwolę sobie zwrócić tylko uwagę na zakończenia obydwu klipów. W jet lagu jednym z powtarzających się ujęć jest zespół stojący na małej scenie – w ostatniej minucie artystki zamieniają się miejscami, co, jak myślę, ma podkreślać ich poczucie wspólnoty. Widzimy, że tworzą zgrany zespół i nie mają na celu znaczniejszego promowania którejkolwiek z nich. Jeśli chodzi o mario, to o ile cały teledysk utrzymany jest w dość melancholijnej tonacji, jego zakończenie jest dość zaskakujące jak na tak dyskotekową piosenkę – jedna z członkiń zespołu wchodzi do jeziora z bukietem ususzonych kwiatów i dobrowolnie zanurza się w wodzie. W ostatnim ujęciu na powierzchni pozostaje tylko bukiet. Możemy tutaj z łatwością doszukać się wielu nawiązań kulturowych, a samo ujęcie stoi niejako w kontrze nie tylko do atmosfery całego utworu, ale również do jego ostatnich słów „Jeszcze chwila i zapomnę”. Być może zapomnieć wcale się nie da?

Szósty utwór różni się od poprzednich dwóch zarówno muzycznie, jak i treściowo. Znajdziemy tu nieco bardziej skomplikowaną rytmikę i melodyczne wstawki. Jeśli natomiast chodzi o tekst, to o ile w jet lagu i w mario podmiot liryczny był poddany wobec swojej miłości, odnajdując w niej jedyne ukojenie lub przejmujący go smutek wspomnień, co-star to zdecydowana wypowiedź silnej kobiety. Utwór jest bardzo zabawny, satyryczny i utrzymany w radosnym nastroju. Bardzo podobają mi się mówione kwestie zastępujące refren – płynnie zmienia się narracja, język przechodzi w bardziej potoczny, brzmi autentycznie. Widać tu dużą swobodę i szczerość, dość przywołać tu fragment „Po prostu to nie ma być przebój, bo nie zasługujesz na przebój/A poza tym to na pewno nie będzie przebój/Żadne radio tego nie weźmie”. A więc Lor, jak od zawsze to podkreśla, bawi się muzyką – i tego właśnie chce się więcej.

Od tego momentu album znacząco zwalnia, utwory robią się spokojniejsze, jest w nich więcej powtarzalności. Skoro płyta zainspirowana jest dyskotekami, może to jest ten moment, kiedy wiele osób udało się już do domów, zaraz zagrany będzie jeszcze wolny, kilka piosenek będących tłem dla cichych rozmów, a potem wszyscy rozejdą się, zatapiając w melancholię późnych wieczorów. Na początku tej części znajdziemy utwór obcy (1979) z tytułem nawiązującym do kultowego horroru (choć ja nie doszukałam się w tekście żadnych jego wpływów). Znów są to zwierzenia miłosne, tym razem z zakochania nieco nawet obsesyjnego, co podkreślają liczne powtórzenia. Podoba mi się tu szczególnie rytmika i płynność tekstu, która dobrze komponuje się z głosem wokalistki, Jagody Kudlińskiej.

Kolejne dwa utwory ponownie pozwolę sobie opisać razem. To najbardziej melancholijne i wyciszone kompozycje, w swoim błyszczącym albumie Lor oferuje nam chwilę wygaszonego spokoju. Trafnym jest umieszczenie piosenek w tym miejscu na płycie, ponieważ słuchając jej od początku, można być już nieco zmęczonym powtarzalnym bitem i radosnymi rytmami. mp3 twój tata nie płakał (nagrany razem z Patrykiem Pietrzakiem) są jednak ubogie, nie oferują żadnej nowości. Zarówno podejmowane przez nie tematy, jak i sposób ich ujęcia, znamy już z wcześniejszych produkcji wielu autorów. Nie dziwi więc, że te utwory cieszą się najmniejszą popularnością.

Na przedostatnim miejscu albumu znalazł się utwór jak wtedy nagrany wraz z Błażejem Królem. Zaskakuje tu idealna harmonia artystów, wszystko zgrywa się w spójną całość, pasujące do siebie głosy trafnie i w tempie splatają się w opowieść o przemijaniu miłości. Podoba mi się brzmienie niektórych fragmentów tekstu, takich jak „boisz się, dwoisz i troisz” czy „wytrzymam, wytrzymam, mam dość”. Rytmika, niewymuszone rymy i płynność są zdecydowanie atutami tekstów Sumery, a obecność Błażeja Króla wprowadza do albumu miłe odświeżenie, dość znacząco wyróżniając charakter utworu z całego krążka.

Płytę zamyka utwór płuca, zbudowany na bujanym rytmie i budzącej smutek tonacji. Jest śliczną balladą opowiadającą o zależności od drugiego człowieka, o miłości, która z definicji wyklucza wolność. „To okrutne i smutne, że nie wiem co u mnie/Dopóki nie ma cię”. Jest to rodzaj przyjemnego bólu przepełnionego nostalgią, nastrojowością kojarzącego się z późnymi letnimi powrotami do domu. To szczere zakończenie to bardzo trafne postawienie kropki za całością albumu.

Choć patrząc na ogół twórczości Lor, pele-mele wprowadza znacząco mniej nowości na rynek muzyczny, jest produkcją, z którą warto się zapoznać. Nawet bardziej wymagający słuchacze znajdą tu wiele cennych fragmentów, a także z pewnością zauważą, że pod kątem tekstów płyta jest skomponowana bardzo trafnie. Widzimy świadome wybory, dopracowane szczegóły i spójność. Podoba mi się szczególnie to, jak pod maską retro-dyskoteki autorki przenoszą poważne i często smutne treści – wystarczy tylko wsłuchać się nieco uważniej, by je wychwycić. Nie spodziewam się, żeby cała płyta powtórzyła sukces mario czy wcześniejszych utworów takich jakNikt (zresztą żyjemy przecież w erze singli, a nie albumów), co jest spowodowane brakiem pewnej przebojowości w produkcji. Być może to kwestia zbyt małej wirtuozerii kompozytorskiej, może zespół ogranicza wokal Jagody Kudlińskiej – czysty i poprawny, ale dość jednostajny. A może młode artystki dopiero się rozkręcają.

Tekst: Michalina Pawelczyk

Post dodany: 13 kwietnia 2026

Tagi dla tego posta:

album muzyczny   kultura   Lor   Michalina Pawelczyk   muzyka   muzyka polska   pele-mele   recenzja  

Używając tej strony, zgadzasz się na zapisywanie ciasteczek na Twoim komputerze. Używamy ich, aby spersonalizować nasze usługi i poprawić Twoje doświadczenia.

Rozumiem, zamknij to okno