Tegorocznemu listopadowi było bliżej do końca niż początku, jednak Kornelia dalej tkwiła w jego pierwszym tygodniu. Każdego roku dziwiło ją to, jak szybko mijają dni podczas roku akademickiego.
W jej mieszkaniu wszystkie poduszki oraz pościele stały się świąteczne, a cynamonowy zapach świec łączył się z aromatem herbat.
Wszystkie te zmiany wiernie pomagały jej w porannych pobudkach i całościowym przeżyciu do nadejścia kolejnej słonecznej wiosny.
W piątkowy poranek Kornelia stała na przystanku tramwajowym już o godzinie siódmej i by dodać sobie otuchy słuchała czegoś przyjemnego. Początek dnia był mroźny, więc w drodze na przystanek widziała oszronioną trawę oraz samochody, a jej oddech przybierał formę wyraźnej pary.
Przelotnie zauważyła, że ktoś dosiadł się obok niej na ławce. Nie poświęciła temu większej uwagi i wróciła do nieznacznego kiwania głową w rytm muzyki.
Do przyjazdu tramwaju zostały cztery minuty, więc wybrała ostatnią do przesłuchania przed drogą piosenkę, jednak wydawało jej się, że ktoś do niej mówi.
Była zwolenniczką dawania spokoju ludziom noszącym słuchawki i gdy sama miała je w uszach, żywiła nadzieję, że ludzie wokół również się do tego dostosują.
Szmer ustał, jednak po chwili znów go usłyszała, więc zatrzymała muzykę.
– Przepraszam – tu znowu chwilowa pauza. – Przepraszam. – Spojrzała w bok i ujrzała dziewczynę w podobnym do siebie wieku. – Wypadło pani. Tak z pięć minut temu. – Podała jej paczkę chusteczek, które najwidoczniej wypadły jej podczas siadania.
– Ach, tak. Dziękuję. – Uśmiechnęła się.
Przysiadła, by dalej czekać na swój rutynowy transport, jednak ten właśnie nadjeżdżał, więc wstała i wsiadła do tramwaju numer 6.
Wewnątrz było ciepło, nawet gorąco, wskutek czego jeszcze przed zajęciem miejsca zdjęła swój szalik w renifery.
Siedząc mogła się rozejrzeć. Odkąd pamięta lubiła komunikację miejską. Nie musiała nic robić, tylko siedzieć i jeśli miała ochotę rozglądać się dookoła lub za szybą.
Kojarzyła niektórych ludzi, którzy też gdzieś jeździli. Celu jazdy niektórych z nich domyślała się po plecaku wyglądającym na szkolny lub po większych torbach, używanych prawdopodobnie do przemieszczenia się na siłownię lub zajęcia sportowe.
Byli jednak pasażerowie, którzy stanowili dla niej zagadkę.
Widywała kobietę jeżdżącą z reklamówką, w środku której za każdym razem mieścił się inny pluszowy miś. Kornelię zastanawiało po co i dlaczego zawsze akurat jeden.
Może uczęszczała na zajęcia z rysunku i co tydzień musiała narysować coś innego, a pluszaków akurat miała pod dostatkiem? Lub szyła je i zawoziła do konkretnych osób w konkretne miejsca?
Była też dziewczyna, która zadziwiająco często zmieniała kolor włosów. Zastanawiało ją jakiej farby używała. Sama miała swoją ulubioną markę do farbowania się na wiśniową czerwień, ale spróbowanie czegoś nowego by jej nie zaszkodziło.
Miejsce najbardziej od niej oddalone, które jednak dalej widziała, zajmowała kobieta uwielbiająca mandarynki. Co roku zabiera je ze sobą do tramwaju i obiera, przez co najpewniej wokół niej rozpyla się charakterystyczny zimowy zapach.
Czas przejazdu mija Kornelii właśnie tak i nim się zorientuje tramwaj dojeżdża do jej przystanku. Owija swoją szyję szalikiem w renifery, przeznacza kilka sekund na przygotowanie się na zimno, które otoczy ją i przeniknie już za chwilę.
Tramwaj zatrzymuje się, a ona ponownie wychodzi na rześkie powietrze.
Poranki podczas późnej jesieni oraz zimy są tak samo przyjemne jak te letnie, jedynie uznanie dnia za przyjemny jest odrobinę trudniejsze, gdy okulary parują, a kałuże zamarzają.
– Przepraszam – usłyszała gdzieś obok przez słuchawki. – Przepraszam.
Zatrzymała muzykę i odwróciła się. Zobaczyła tę samą dziewczynę, która siedziała z nią na przystanku dwadzieścia minut temu.
– Wypadło pani. – Ponownie podała jej chusteczki.
Po co potrzebowała tylu chusteczek?
Uśmiechnęła się delikatnie.
– Ach, tak. Dziękuję.
Tekst: Dorota Gorzkowska