To miał być serial dla dzieci na Disney Channel. Dlaczego więc dwudziestolatkowie analizują go jak dramat psychologiczny? Pomimo ogólnego przekonania, że to tylko bajka dla najmłodszych, wiele osób zgodzi się, że te czasy już dawno minęły. Miraculum: Biedronka i Czarny Kot wskoczył na zupełnie inny poziom – i to taki, którego chyba nikt się na początku nie spodziewał. Twórcy pokazali, że nawet produkcja skierowana do młodszej widowni może zawierać elementy, które wciągają również starszych.
Oczywiście nie zawsze tak było. Jeszcze kilka sezonów temu, poza ukrytymi tożsamościami i trochę absurdalnym czworokątem miłosnym, serial nie oferował aż tak wiele. A jednak wiele osób, które dziś mają ponad dziewiętnaście czy dwadzieścia lat, dorastało razem z nim – i to właśnie sentyment pozwolił im przebrnąć przez te bardziej schematyczne początki.
I chociaż fabuła z czasem zaczęła się rozwijać, to jest jeden element, który od początku trzyma widzów przy tym serialu – i nie chce ich wypuścić. Mowa oczywiście o słynnym „love square”. To nie jest zwykły wątek romantyczny, tylko emocjonalna układanka, w której każda relacja działa… ale nigdy w tym samym momencie. Kiedy jedno z nich coś czuje, drugie nie zna całej prawdy. I właśnie ta ciągła gra niedopowiedzeń sprawia, że widzowie latami analizują każdy gest i każde spojrzenie.
Dla wielu punktem przełomowym był odcinek pt. Chat Blanc z trzeciego sezonu. Nagle dostaliśmy coś, co kompletnie wywróciło dotychczasową konwencję: główny bohater, superbohater, staje się złoczyńcą, a za wszystkim stoi jego własny ojciec. Jak na serial „dla dzieci” – dość odważny ruch. Mimo że był to tylko scenariusz typu „what if”, odcinek do dziś pozostaje jednym z najbardziej pamiętnych i najlepiej ocenianych w całej serii. I chyba właśnie wtedy widzowie zaczęli oczekiwać od tej historii czegoś więcej.
Od tego momentu poprzeczka wyraźnie poszła w górę. Widzowie zaczęli liczyć na głębszą fabułę i bardziej emocjonalne wątki – takie, które trafią nie tylko do dzieci, ale też do starszej widowni. I choć nie wszyscy się z tym zgodzą, uważam, że Thomas Astruc naprawdę dobrze sobie z tym poradził. Czwarty, piąty i szósty sezon to już zupełnie inna liga.
Czwarty sezon był pierwszym, który faktycznie wymagał oglądania w odpowiedniej kolejności. Odcinki przestały być tylko zamkniętymi historiami „złoczyńcy tygodnia”, a zaczęły budować większą całość. Coraz więcej miejsca poświęcano też postaciom pobocznym – tym samym, które były z nami od początku, ale wcześniej nie miały większego znaczenia.
Piąty sezon to moment, w którym serial naprawdę przestaje udawać, że jest tylko lekką bajką. Fabuła staje się ciągła, decyzje bohaterów zaczynają mieć realne konsekwencje, a charakterystyczny „reset” po każdym odcinku praktycznie znika. Emocje są bardziej intensywne, stawka wyższa, a historia w końcu zaczyna przypominać coś więcej niż zbiór luźno powiązanych epizodów.
(SPOILER) I wtedy dzieje się coś, czego mało kto się spodziewał – Władca Ciem wygrywa. Dochodzi do spełnienia życzenia, które dosłownie zmienia rzeczywistość. Stare uniwersum zostaje zastąpione nowym, dopasowanym do jego pragnień. To już nie jest tylko zwrot akcji – to kompletny reset świata przedstawionego, który otwiera drzwi do zupełnie nowego etapu historii.
Szósty sezon zaczyna się więc w nowej rzeczywistości i wita widzów również nowym stylem animacji. Wokół tej zmiany pojawiło się sporo dyskusji. Fandom podzielił się na dwie strony: jedni byli zachwyceni świeżością, inni nie mogli się przyzwyczaić. Pojawiły się nawet teorie, że zmiana stylu to celowy zabieg fabularny, mający podkreślić nowe uniwersum. W praktyce była to raczej konieczność technologiczna, ale trzeba przyznać – całkiem dobrze wpisała się w historię.
I choć część widzów się zniechęciła, inni zostali – i zdecydowanie nie żałują. Bo jeśli ktoś myślał, że piąty sezon był mocny, to szósty idzie jeszcze dalej. Tu już nie ma problemów w stylu „pokłóciłam się z koleżanką”. Pojawiają się tematy straty, manipulacji i trudnych wyborów, które naprawdę coś kosztują. Nagle okazuje się, że nie wszystko da się naprawić, a decyzje bohaterów zostawiają trwały ślad.
Co więcej, postacie przestają być idealne. Marinette nie jest już jednoznacznie „tą dobrą” – jej decyzje budzą wątpliwości, a opinie widzów są mocno podzielone. Adrien również przestaje być tylko „tym idealnym”. Bohaterowie zaczynają zachowywać się bardziej jak prawdziwi ludzie niż jak archetypy z bajki – popełniają błędy, podejmują złe decyzje i muszą się z nimi mierzyć. Część fanów zwraca też uwagę, że Marinette powoli przestaje być klasyczną bohaterką, a zaczyna przypominać postać, która balansuje gdzieś pomiędzy dobrem a egoizmem. I właśnie to sprawia, że jest o wiele bardziej interesująca niż na początku.
Widać też, że twórcy zaczęli dostrzegać, kto naprawdę ogląda ten serial. To już nie tylko dzieci, ale też nastolatki i dorośli. Każda grupa nadal może znaleźć tu coś dla siebie, ale ton historii wyraźnie dojrzewa. Jest mniej infantylnego humoru, a więcej emocji i napięcia. Postacie wciąż zachowują się jak nastolatki, bo nimi są, ale zamiast irytować, zaczyna to być po prostu bardziej autentyczne.
W najnowszym sezonie serial zaczyna także poruszać tematy, które jeszcze kilka lat temu raczej nie miałyby tu miejsca. Coraz wyraźniej pojawiają się wątki związane ze spektrum autyzmu, ADHD, depresją czy lękami, a także kwestie tożsamości i reprezentacji LGBTQ+. Nie są one zawsze nazwane wprost, ale można je dostrzec w zachowaniach i historiach bohaterów. Dzięki temu postacie stają się jeszcze bardziej „ludzkie” – nieidealne, czasem zagubione i próbujące radzić sobie na swój sposób. To właśnie sprawia, że łatwiej się z nimi utożsamić, szczególnie starszym widzom, którzy widzą w nich coś więcej niż tylko animowanych superbohaterów. Z kolei młodsi odbiorcy dostają przy tym subtelną dawkę edukacji, której naprawdę potrzebują. Dużym plusem jest to, że serial podchodzi do tych tematów z wyczuciem i empatią, zamiast rzucać hasłami na prawo i lewo.
Jest też coś jeszcze, co sprawia, że tak trudno się od tego oderwać. Miraculum działa trochę jak emocjonalny rollercoaster, który nigdy nie daje pełnej satysfakcji. Widz cały czas dostaje małe fragmenty tego, na co czeka – rozwój relacji, odpowiedzi, rozwiązania, ale nigdy w pełni. I właśnie to sprawia, że chce się oglądać dalej. To trochę jak obietnica, że „następnym razem wszystko się ułoży”. Spoiler: zazwyczaj się nie układa. Nie bez znaczenia jest też to, co wydarzyło się poza samym serialem. TikTok, Twitter (X) czy Tumblr zrobiły z Miraculum coś znacznie większego niż tylko kolejną animację. Edity, teorie i fanfiki sprawiły, że fandom zaczął żyć własnym życiem. Dla wielu osób to właśnie internet był momentem, w którym „wpadli” w ten serial na dobre – nawet jeśli początkowo oglądali go tylko ironicznie.
I może najbardziej paradoksalne w tym wszystkim jest to, że Miraculum: Biedronka i Czarny Kot wcale nie jest serialem idealnym. Fabuła bywa chaotyczna, decyzje bohaterów potrafią frustrować, niektóre wątki ciągną się zdecydowanie za długo, a inne mają wyraźne dziury fabularne. A jednak… to wszystko sprawia, że chce się o nim rozmawiać. Bo to nie jest historia, którą po prostu oglądasz i zapominasz. To taka, którą analizujesz, poprawiasz w głowie i do której wracasz, nawet jeśli trochę cię denerwuje.
Może właśnie dlatego tak trudno dziś nazwać Miraculum zwykłą bajką dla dzieci. Bo jeśli ktoś wytrwał do piątego czy szóstego sezonu, dostał coś znacznie więcej – historię, która naprawdę potrafi wciągnąć, frustrować i emocjonalnie zmęczyć. I chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Tekst: Wiktoria Żurek