Joseph Conrad w „Lordzie Jimie” zawarł taką myśl, aby „iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca”. Marzenia bywają różne, ale te najskrytsze niemal zawsze dotyczą miłości. Sprawa komplikuje się jednak, gdy darzymy kogoś nieodwzajemnionym uczuciem. Wówczas pójście za marzeniem może mieć katastrofalne skutki. „Obsesja” w reżyserii Curry’ego Barkera, choć przynależy do gatunku filmowego jakim jest horror, dotyka właśnie tej czułej sfery życia.
Bear (Michael Johnston) platonicznie podkochuje się w swojej przyjaciółce Nikki (Inde Navarrette). Ta jednak zdaje się tego nie dostrzegać lub świadomie ignoruje ten fakt. Bear wpadł więc w klasyczny friendzone, który niezależnie od płci zawsze prędzej bądź później generuje ból, rozczarowanie i frustrację. I w tym miejscu powinno pojawić się pytanie do czytelników – nigdy nie pomyśleliście, aby w celu zainteresowania sobą drugiej osoby skorzystać z mniej konwencjonalnych metod, na przykład magii? Zaklęcia, uroki, pełnia księżyca, układ planet, wróżby i horoskopy – wszystko to brzmi abstrakcyjnie, ale jednocześnie poprzez swoją tajemniczość, może kusić, by wypróbować. Nasz główny bohater postanawia spełnić swoje marzenie właśnie za pomocą takiej magicznej zabawki „One Wish Willow”. Przedmiot naprawdę działa i chłopak otrzymuje to, o co prosił, jednak wkrótce odkrywa, że niektóre marzenia mają bardzo wysoką cenę.
Akcja filmu rozwija się powoli. Na początku obserwujemy bowiem nieporadnego młodego chłopaka, który jakkolwiek by nie kombinował, jest dla swojego obiektu westchnień tylko „emocjonalnym materacem”, w dodatku dmuchanym. Słucha jej, wspiera, odwozi do domu i… marzy. W zależności od przyjętej przez widza perspektywy, może to być żenujące, wywołujące litość, czy irytację. Na pewno jednak każdy odgrzebie gdzieś w pamięci podobną sytuację z własnego życia, co sprawia, że przez pierwsze pół godziny filmu fotel kinowy zaczyna uwierać i najchętniej opuściłoby się salę kinową. Gdy jednak przetrwa się ten moment, napięcie zaczyna rosnąć. Wypowiedziane życzenie wywraca dotychczasowy porządek narracyjny. I przy tej okazji uwidaczniają się pewne niedociągnięcia fabularne. Otóż całe nieszczęście zaczęło się w momencie źle sformułowanego życzenia, mimo ostrzeżenia na etykiecie, że należy je bardzo dobrze przemyśleć, bo nie da się go cofnąć. Gdyby Bear nie zażyczył sobie, aby Nikki „kochała go najbardziej niż cokolwiek innego na świecie”, tylko na przykład powiedział, że chciałby aby „uczciwie dostrzegła w nim kogoś więcej niż przyjaciela i się w nim zakochała”, najpewniej nawet najbardziej złośliwa magia nie byłaby w stanie obrócić tego przeciw niemu. Oczywiście, jak mówi stara kinowa maksyma „wtedy nie byłoby filmu” natomiast w moim odczuciu nie magia sama w sobie jest tu problemem. Dość jednak powiedzieć, że zaklęcie podziałało na dziewczynę niczym skrzyżowanie wszystkich możliwych dostępnych na wolnym oraz czarnym rynku narkotyków. Jej zachowanie z minuty na minutę staje się coraz bardziej destrukcyjne i nieprzewidywalne. Miłość, której tak brakowało Bearemu, stała się jego przekleństwem, a marzenie, to największe w jego życiu, spektakularną klęską.
Czasami słyszy się takie słowa przestrogi by uważać o czym się marzy, bo się spełni. Można byłoby więc stwierdzić, że główny bohater dostał to, czego chciał, a że w nie do końca etyczny sposób pomógł losowi i zmusił dziewczynę do miłości, spotkała go za to zasłużona kara. Wydaje mi się jednak, że nie jest to jedyna możliwa interpretacja. Zresztą kino jako takie charakteryzuje się mechanizmem, iż tylu, ilu jest odbiorców, tyleż jest interpretacji. Inną możliwą ścieżką odczytu tej produkcji z pogranicza horroru i thrillera, może być pryzmat pogłębiającej się w dzisiejszych czasach samotności i kryzysu relacji międzyludzkich. W momencie, w którym coraz trudniej nawiązywać relacje, bardzo łatwo jest przywiązać się do jakiegoś ideału, który nosimy gdzieś w głowie i ignorując wszystkie sygnały ostrzegawcze dążyć do niego. Bear, jak okazało się później (a nawet za późno) miał obok siebie inną życzliwą mu osobę, z którą mógłby budować przyszłość. Zdawał się jednak tego nie widzieć, trzymając się kurczowo swojego, niezainteresowanego nim romantycznie, ideału. Można więc mu zarzucić, że choć to wyłącznie od niego zależało, czy będzie trwał w tym destrukcyjnym dla siebie układzie, on nie zdecydował się z niego wycofać. Z drugiej strony Nikki również moglibyśmy postawić w tej sytuacji zarzuty. Sięgając po z pozoru zupełnie nie pasujący do tego uniwersum utwór, będący parodią piosenek o nieszczęśliwej miłości pt. „Janko, Janeczko” autorstwa Braci Figo Fagot, można przywołać jego bardzo mocną puentę. Brzmi ona dokładnie: „Kto daje i odbiera, ten się w piekle będzie smażył, że pozwoliłaś, że chłopiec marzył”. Nikki musiałaby się wykazać skrajnym niedbalstwem, aby jako jedyna z paczki wspólnych przyjaciół nie widzieć tych maślanych oczu Bearego, jakimi na nią patrzył. Musiała być świadoma, że to nie jest wzrok przyjaciela, tylko kogoś, kto po prostu jest w niej zakochany. Możliwe jednak, że nie chciała stracić swojego pocieszyciela, który jest zawsze wtedy, gdy go potrzebuje, dlatego nie zdecydowała się z nim porozmawiać i zawsze zmieniała temat, gdy to on chciał powiedzieć, co czuje. Utrzymując ten stan rzeczy, pozwalała więc, że „chłopiec marzył”, co jest zachowaniem skrajnie nieodpowiedzialnym, gdy w grę wchodzą ludzkie uczucia.
Zabawa nimi – intencjonalna lub nie – to zawsze krzywda dla drugiej osoby. Możliwe też, że Beary był kimś na wzór „zawodnika rezerwowego” i dlatego układ ten był przez Nikki podtrzymywany. Nie zmienia to jednak faktu, że doprowadziło to do całej serii tragicznych zdarzeń, które możemy oglądać w kolejnych sekwencjach filmu.
Chcąc podsumować tę cieszącą się wysokimi ocenami i dobrymi recenzjami produkcję, wspomnę na koniec o technicznych aspektach filmu Curry Barkera. Nie idzie on w stronę klasycznych trików występujących w horrorach. Nie znajdziemy tu nadmiaru jumpscare’ów czy efektownych sztuczek. Zamiast tego kamera często pozostaje blisko bohaterów, podkreślając ich emocje, a montaż jest spokojny i precyzyjny. Navarrette wcielająca się w postać Nikki świetnie balansuje między naturalnością a czymś trudnym do uchwycenia – subtelnym „rozjechaniem” emocji, które sprawia, że widz zaczyna odczuwać dyskomfort nawet w pozornie zwyczajnych scenach. Relacja między bohaterami jest napisana i zagrana w sposób bardzo realistyczny – pełen niezręczności, napięcia i niedopowiedzeń. Największą siłą „Obsesji” jest więc atmosfera prowokująca uczucie, że coś jest „nie tak”, nawet jeśli jeszcze nie potrafimy do końca wskazać, co.
„Obsesja” pokazuje nam, że marzenia nie zawsze są czymś, za czym warto podążać bezwarunkowo. W chwili, gdy ich spełnienie wymaga złamania czyjejś woli, przestają być niewinnym pragnieniem i stają się zwyczajną przemocą. Jednocześnie film nie pozwala wygodnie zrzucić całej winy na jedną stronę. Bo choć Bear posuwa się za daleko, Nikki również nie pozostaje bez winy. Podtrzymując niejednoznaczną relację, korzystając z jego zaangażowania i udając, że nie widzi tego, co dla wszystkich wokół jest oczywiste, współtworzy sytuację, która musiała w końcu eksplodować. „Obsesja” nie jest więc tylko historią o chorej miłości, ale o egoizmie i emocjonalnej nieuczciwości z obu stron – i o tym, jak łatwo pod płaszczykiem uczuć zrobić drugiemu człowiekowi krzywdę. Pokazuje również, że największym horrorem nie jest tu element nadnaturalny, ale ludzka potrzeba posiadania drugiego człowieka za wszelką cenę. Dlatego właśnie warto ten film zobaczyć – nie dla samego strachu, ale dla dyskomfortu, który zostaje z widzem jeszcze długo po seansie i zmusza do uczciwego spojrzenia na własne relacje.
Tekst: Dawid Hornik