Chyba każdy z nas nieraz spotkał się z ogłoszeniem dotyczącym wynajmu. Najczęściej chodzi o wynajem pokoju, mieszkania, samochodu czy sali weselnej. Zdziwienie wzbudziłoby jednak ogłoszenie w stylu: „wynajmę żonę” albo „wynajmę ojca dla mojego dziecka”. Okazuje się jednak, że są na świecie kraje, w których takie usługi naprawdę istnieją. Jednym z nich jest kraj kwitnącej wiśni – Japonia, do której w swoich płomiennych wizjach porównywał niegdyś Polskę Lech Wałęsa. Funkcjonują tam firmy oferujące możliwość zatrudnienia aktora, który wciela się w niemal każdą rolę zleconą przez klienta. Nadrzędną zasadą tej branży jest fakt, że kontakt z wynajętą osobą kończy się wraz z realizacją zlecenia. Aktor nie ma prawa ingerować w życie klienta ani angażować się w nie emocjonalnie. Ma jedynie odegrać przypisaną mu rolę. Obowiązuje go również pełna poufność, niezależnie od pojawiających się sytuacji. To – wcale nie tak nowe – zjawisko stało się punktem wyjścia dla filmu Rodzina do wynajęcia (ang. Rental Family) w reżyserii Hikari.
Film miał swoją premierę w polskich kinach 16 stycznia 2026 roku. W głównej roli występuje Brendan Fraser, nagrodzony w 2023 roku Oscarem za pierwszoplanową rolę w filmie Wieloryb. Tym razem wciela się on w postać amerykańskiego aktora Phillipa Vandarploeuga, który od siedmiu lat mieszka w stolicy Japonii. Jego kariera nie jest pasmem sukcesów – kilka reklam i epizodyczne role w niszowych serialach. Prowadzi samotniczy tryb życia, jest nieco zagubiony w wielkim mieście. W poszukiwaniu jakiegokolwiek angażu decyduje się przyjąć zlecenie zagrania żałobnika na pogrzebie zupełnie obcego sobie człowieka. To właśnie w tym momencie otwiera się przed widzem główny zamysł filmu. Phillip, funkcjonujący w obcej kulturowo rzeczywistości, nie do końca rozumie lokalne obyczaje i nie potrafi pojąć idei zastępowania komuś bliskiej osoby w prawdziwym życiu. Jednak chęć przetrwania i potrzeba pracy zmuszają go do porzucenia etycznych obiekcji i „wejścia” w kolejne role. Początkowo traktuje to jak zwykłe zajęcie, jednak granica między fikcją a rzeczywistością zaczyna się stopniowo zacierać.
Pierwszym poważnym zleceniem Phillipa jest odegranie roli pana młodego biorącego ślub z młodą Japonką. Jest to dla niej jedyna szansa na uwolnienie się spod kontroli rodziców i rozpoczęcie samodzielnego życia. Bohater szybko zaczyna dostrzegać, że nie jest to jedynie fikcyjna rola, lecz decyzja mająca realny wpływ na los drugiego człowieka. Warto tu zwrócić uwagę na istotny element, który – biorąc pod uwagę miejsce akcji – wcale nie jest oczywisty. Po ceremonii dziewczyna decyduje się bowiem na życie u boku swojej partnerki. Na taki wybór nigdy nie otrzymałaby zgody rodziny i najpewniej zostałaby przez nią wyklęta.
Z europejskiej perspektywy można odnieść wrażenie, że po raz kolejny kino próbuje nas edukować, iż istnieją inne modele rodziny niż ten tradycyjny. W ostatnich latach nie brakuje produkcji podejmujących tematykę LGBTQ+, by wymienić Queer w reż. Luki Guadagnino z Danielem Craigem w roli głównej czy Że co? Że jak?! (ang. Don’t Understand You) w reż. Davida Josepha Craiga i Briana Crano. Jednak osadzenie tego wątku w realiach Japonii nadaje mu inny wymiar. Wyciąga bardziej konserwatywnego widza z bańki poznawczej, że „zgniły” jest wyłącznie Zachód, a podobne problemy nie istnieją w Azji czy na Bliskim Wschodzie. Czy ta tendencja w światowej kinematografii jest słuszna czy obrazoburcza, już pozostaje w ocenie widzów, a jak obserwujemy to doskonale na przykładzie rodzimej opinii publicznej, gdzie pięciu Polaków, tam sześć zdań.
Jednym z najważniejszych zadań Phillipa staje się zagranie roli ojca dla rezolutnej Mii (Shannon Mahina Gorman). Dziewczynka, wychowywana wyłącznie przez matkę, aby dostać się do prestiżowej szkoły, musi „posiadać” również ojca. Równolegle bohater odgrywa rolę dziennikarza przeprowadzającego wywiad z niegdyś popularnym, jednak dziś zapomnianym i schorowanym aktorem (Akira Emoto), a także pomaga wyjść z izolacji nałogowemu graczowi, który całe życie zamknął w ekranie komputera. Z czasem Phillip coraz lepiej odnajduje się w swoich zadaniach i nawiązuje z klientami szczere relacje, co z jednej strony zdejmuje z niego poczucie samotności, ale z drugiej nieuchronnie prowadzi do komplikacji. W branży, w której podstawową zasadą jest brak emocjonalnego zaangażowania, takie zachowanie musi rodzić problemy.
Film stawia bardzo ważne pytania. Czy człowiek jest w stanie funkcjonować jak algorytm i całkowicie wyzbyć się emocji? Czy można wiarygodnie odgrywać rolę, jednocześnie pozostając wobec niej obojętnym? Jednak Rodzina do wynajęcia porusza jeszcze jeden, szczególnie istotny dziś problem – samotność. Coraz częściej mówi się o rosnącej liczbie singli i spadającej dzietności, co niesie ze sobą nie tylko konsekwencje ekonomiczne, ale także emocjonalne. Problem ten dotyczy nie tylko Polski, lecz także Europy, Ameryki czy krajów azjatyckich. Japonia pokazana w filmie zdaje się radzić sobie nie z samą przyczyną samotności, lecz z jej skutkami. Film sugeruje jednak coś więcej: że samotność bardzo często nie wynika wyłącznie z braku ludzi wokół nas, ale z nierealistycznych oczekiwań wobec relacji. Oczekujemy idealnej rodziny, bezkonfliktowego partnera, przyjaźni wolnej od kompromisów. Gdy rzeczywistość nie spełnia tych wyobrażeń, wycofujemy się. Wynajęta relacja ma tę przewagę, że jest przewidywalna, pozbawiona ryzyka i rozczarowań. Być może więc lekarstwem na samotność nie jest tworzenie substytutów więzi, lecz większy realizm i zgoda na to, że prawdziwe relacje są niedoskonałe. Że nie jesteśmy 10/10 i tak samo inni nie są. Że możemy, a nawet powinniśmy mieć marzenia, ale musimy mieć także świadomość miejsca, w którym się znajdujemy. Możemy marzyć o podróży do Japonii, Hiszpanii, o poznaniu określonego typu ludzi, czy nawet o diable tasmańskim jako zwierzątku domowym, niemniej trzeba żyć tu i teraz, bo później może się okazać, że nie mamy nic namacalnego, a zostały tylko marzenia. Jedną z najbardziej poruszających scen filmu jest heroiczna podróż głównego bohatera ze schorowanym i tracącym pamięć aktorem do jego rodzinnego domu. Przeczuwając zbliżającą się śmierć, chce on jeszcze raz wrócić do miejsca, w którym zostawił coś najcenniejszego dla siebie. Na końcu swojej życiowej drogi uświadamia sobie, że żadna kariera, żaden sukces i żadna rola nie są w stanie zrekompensować utraconego czasu spędzonego z bliskimi.
Najnowszy film Hikari skłania do refleksji, czy gdyby podobne usługi były dostępne w naszym kraju, korzystalibyśmy z nich? Czy chcielibyśmy, aby ktoś odgrywał rolę członka naszej rodziny, partnera czy przyjaciela? To też opowieść o ludziach próbujących poradzić sobie z emocjonalną pustką w świecie pełnym oczekiwań i narzucanych społecznych ról. Hikari pokazuje, że żadna wynajęta bliskość nie zastąpi prawdziwej – nawet jeśli to spotkanie bywa niemożliwe, trudne, niewygodne lub dalekie od ideału. Być może więc nie potrzebujemy idealnych relacji, lecz większej gotowości na ich niedoskonałość i odwagi, by być realistami – wobec siebie i wobec innych.
Tekst: Dawid Hornik