Czy zaznaczaliście kiedyś w książkach zdania, fragmenty, tak by potem móc do nich wrócić? Lub nawet tylko dlatego, że zdawało się, że trzeba jakoś je podkreślić, oznaczyć – że nie mogą przejść razem ze wszystkimi innymi słowami. Nie chodzi mi o analizę tekstu, o wybieranie ustępów, do których odwołacie się potem w wypracowaniu, tylko o czytanie i zaznaczanie dla siebie. Czy zdarzyło wam się wypisywać z książek cytaty? Do powieszenia przy biurku, wysłania komuś bliskiemu czy nawet do umieszczenia pod instagramowym postem. Czy zdarzyło wam się pamiętać cytat, ale zapomnieć, skąd pochodził?
Mi tak. Byłabym nawet skłonna przyznać, że to mi się nie „zdarza”, tylko jest moim zwyczajem, bez którego nie wyobrażam sobie czytania. Gdy chodziłam na spotkania klubu książki, żartowano, że już na wejściu po ilości znaczników wystających z mojego egzemplarza, można ocenić, jak przychylnie będę wypowiadać się o przeczytanej pozycji. I faktycznie, te najbardziej pokreślone, drapiące i szeleszczące kolorowymi karteczkami książki należały do moich ulubionych. Czytam tylko wtedy, kiedy pod ręką mam swoje znaczniki, obowiązkowo w pięciu kolorach, z których każdy oznacza coś innego, inną wartość wyróżnionych słów – mogą być piękne, zgrabne, mądre lub sprawiać, że moje serce zapomni o kilku uderzeniach. Dlatego lubię mieć własne egzemplarze książek, najlepiej używane, wyszukane w antykwariatach, tak żeby pachniały już swoją historią. Opowiadają wtedy więcej. Lubię, gdy stoją obok na półce i mogę zawsze sięgnąć po nie, żeby odnaleźć to jedno zdanie (pamiętam, że było zaznaczone na niebiesko, nie tu, trochę dalej, o! mam), przeczytać je i (och…) znów poczuć ulgę lub poruszenie, grunt pod stopami lub wynoszący w górę powiew wiatru.
Gdy, wyjeżdżając na studia, wyprowadziłam się za granicę, początkowo w moim nowym pokoju wywiesiłam na ścianach kolorowe zdjęcia przeżytych wakacji, znajomych z liceum, ważnych chwil. Zdawało mi się, że widzę, jak z dnia na dzień bledną, znacząc coraz mniej, gdy z kolejną osobą urywał się kontakt, gdy teraźniejszość zaczynała rzutować na to, co było. Uzupełniłam je hasłami, pojedynczymi słowami, żeby przypomnieć sobie, co dla mnie znaczyły: wyobraźnia, pewność siebie, bliskość – ale to nie wystarczyło. Siedziałam na podłodze pokoju, wpatrywałam się w ścianę, a przede mną była tylko pustka, brak. Brak czegoś, co mogłoby przemówić, co byłoby mną i trzymałoby mnie, uginającą się pod bagażem codzienności. Zdjęłam ze ściany wszystkie zdjęcia. Wróciłam do swoich książek. Jedną po drugiej przekładałam, gładziłam strony, wyszukiwałam palcem znaczniki, czytałam cytaty i je wypisywałam. Bezsensowne? Czasochłonne? Czy nie lepiej poznać kolejną powieść, przeczytać nowości, być na bieżąco? Wydrukowałam moje cytaty, dokładnie je powycinałam, przykleiłam taśmą i zapełniłam nimi ściany pokoju, nakleiłam je na szafę („Postuluję przyznanie racji temu światu pomiędzy albo-albo”), łóżko („Sen jest najlepszym lekarstwem”) i drzwi („Now there’s space to be filled, in the too warm air of my room, and a time also; a space-time, between here and now and there and then, punctuated by dinner”). I znów usiadłam na podłodze, wpatrywałam się w ścianę, ale wreszcie czułam, nie wiem nawet co, ale czułam! Przez pierwsze dni regularnie gładziłam palcem kartki z cytatami, żeby dobrze przykleiły się do ściany, raz po raz czytałam je wszystkie. Mijały miesiące, a ja nadal do nich wracałam, nadal były aktualne. Pamiętałam o znaczeniach, jakie przyniosły mi w przeszłości i na nowo odkrywałam, jak właściwie opisują teraźniejszość. Wcześniej, gdy ktoś mnie odwiedzał, widząc na ścianach zdjęcia, dopytywał kto to, co to, kiedy to – a ja musiałam tłumaczyć się z relacji, które przestawały istnieć, z chwil, które minęły. Z cytatami wreszcie było inaczej, mogłam tylko powiedzieć, z jakiej książki pochodzą, mogłam zmyślać, a ich prawdziwe przesłanie pozostawało we mnie. Były moje, tylko moje.
Nadal są. O ile w książkach analizować możemy motywy i tematy, możemy tłumaczyć, jak charakterystyka bohatera jest kształtowana przez jego słowa czy w jakiej scenie pada dana kwestia, wyrwany z kontekstu cytat pozbawiony jest całego tego ładunku. Cytat jest wolny i niezależny, może być zrozumiany oraz wykorzystany na wiele sposobów. Z pewnością wiedzą to wszyscy, którzy śledzą medialne sprzeczki i kontrowersje, te wyrwane z kontekstów oburzające czy kompromitujące wypowiedzi. Media zręcznie posługują się tą mocą cytatu, tak często zamieszczając go w tytule artykułów, aby przykuć uwagę widza. Żeby zilustrować, co mam na myśli, otwieram właśnie stronę „Wyborczej” i czytam pierwsze nagłówki:
„Mówią: ty, kobieto, siedź cicho. Nie zamierzam”;
„To, że wybrałyśmy złą drogę, nie podlega ocenie dzieci. Niech to przerabiają na terapii”;
„Nasz ksiądz wszystko rozwiązuje sposobem”;
„Amerykanie traktują Europę jak wroga”;
„Zobaczyłem zwęglone palce”;
„Dzieci nie wychodzą, bo strach”;
„Rafał Trzaskowski powinien się obawiać”.
Mam przytaczać dalej? A to i tak nie mistrzowie swojego gatunku, dość wspomnieć by było o wszystkich informacjach dotyczących Donalda Trumpa… Nie zagłębiając się jednak w konkrety tego, co porusza nas w polityce i świecie, chcę pokazać, że kilka wyjętych z wypowiedzi słów może nieść silny i znaczący przekaz – nieraz bardziej emocjonalny od całokształtu tekstu. Ustrukturyzowanie dzieła daje przewidywalność i wytłumaczenie, natomiast uwolniony cytat pozwala na szersze interpretacje oraz łatwiej zapada w pamięć. Tym samym może powracać do nas w codziennych sytuacjach, oferując uniwersalny komentarz.
Dla mnie cytat jest kompletnym, niezależnym dziełem sztuki. Sądzę, że umyślnie pozbawiony swojego źródła, przeniesiony w inny lub zuniwersalizowany kontekst nabiera nowych, osobistych znaczeń. Choć ma swojego pierwotnego twórcę, wychodzi ponad jego zamysł dzięki odrębnej interakcji z czytelnikiem. Odbiorca staje się drugim autorem, gdy wybiera cytat, dopasowując go do wspomnienia, sytuacji czy emocji. Funkcja dzieła sztuki spełniana jest jedynie, kiedy, mimo zawiązania nowych konotacji, cytatowi pozwala się być wolnym, a więc nie umieszcza się go w innej wypowiedzi. Ma on stać samotnie, niczym rzeźba czy kadr pozbawione swojej animacji. Cytat niezmiennie i wiecznie czeka na kolejne oczy, które go zobaczą, kolejne myśli, które wyjdą mu na spotkanie.
Przed napisaniem tego tekstu postanowiłam poszukać ustalonych literackich form, które udowodniłyby mi, że opisywane przeze mnie zjawisko zostało już zauważone, a mój „uwolniony z kontekstu cytat, będący niezależnym dziełem sztuki” ma swoją nazwę. Być może jesteście w stanie mi ją wskazać, w takim wypadku proszę o kontakt, bo mi się to nie udało. Za najbliższe opisywanemu cytatowi uznałam epigram, ten starożytny, a więc nie „krótki utwór poetycki o zaskakującej puencie”, jak wskazuje pierwsza słownikowa definicja, ale „wierszowany napis na pomnikach, grobowcach itp.”. Jedno zdanie stworzone na potrzeby oddania niewysłowionego, przekazania emocji, wywołania chwili zadumy. Słowa, które mają trwać wiecznie, a więc być uniwersalne. Oczywiście z opisywanym przeze mnie cytatem mogą kojarzyć się również aforyzmy czy sentencje, jednak nie odpowiada mi w nich przymus oczywistości i moralizatorski wydźwięk. Pewna nieadekwatność tych wszystkich definicji buduje we mnie przekonanie, że do mojej interpretacji najbardziej pasuje, jak nawiązałam wcześniej, porównanie do rzeźby. Tej, która ma swoją przestrzeń, wiele stron, która jest zarazem stateczna, jak i ruchoma, która może opowiadać historię jak Pietà, być piękna jak Dawid, ponadczasowa jak Myśliciel, lub która zwyczajnie będzie budzić w nas emocje.
Pisząc ten tekst, nie mogę rozstać się z głębokim smutkiem, bo wciąż myślę o wspaniałym mistrzu literatury i cytatu – Wiesławie Myśliwskim – który odszedł od nas w tym roku. Nie będę nawet podejmować się próby jakiegokolwiek streszczenia charakterystyki jego twórczości, pozwolę sobie tylko na przytoczenie kilku cytatów, arcydzieł swojego gatunku. Jak piękne jest:
„Choć może nie tyle próbowałem sobie wyobrazić, co raczej moja bezwolna wyobraźnia sama podsuwała mi postrzępione obrazy, nieposłuszne ani mojej woli, ani mojej pamięci. Należałoby więc powiedzieć, że raczej doznawałem swojej wyobraźni, jak się doznaje tęsknoty czy pragnienia”.
Ile znaczeń ma:
„No i co, że ciemno – rzuciła, gwałtownie się prostując. – Słońca ci nie zaświecę. Szukaj”.
Jak nie ufać mistrzowi, który mówi:
„Bo cóż ważniejsze jest od słów, wszystko się ze słów bierze, i nawet najkrwawsza bitwa toczy się o słowa, które po niej zostaną”.
Ale po ludzku przyznaje też:
„Słowami nie zawsze da się powiedzieć, co by człowiek chciał. Bo i skąd brać słów na to wszystko. A talerz trach i wiadomo”.
Mistrzowi, który opuścił nas, mówiąc:
„Śmierć nie przechodzi tak od razu. Do końca życia nieraz się ciągnie”.
Który ostrzegał:
„Kto nie doznaje w sobie śmierci, ten i nie doznaje życia”.
I który, przede wszystkim, miał słowa na to wszystko, na co nam ich jest brak:
„Piszę ten list jedynie dlatego, że przypłynęła do mnie fala wielkiej tęsknoty za tobą i od kilku dni paraliżuje mnie i nie daje o niczym innym myśleć”.
Źródła cytatów:
Gazeta Wyborcza. (www.wyborcza.pl);
M. Atwood: The Handmaid’s Tale;
O. Tokarczuk: Empuzjon;
W. Myśliwski: Ostatnie rozdanie;
W. Myśliwski: Traktat o łuskaniu fasoli;
W. Myśliwski: Widnokrąg.
Tekst: Michalina Pawelczyk