Do seansu Ołowianych dzieci na Netfliksie podeszłam z dużym optymizmem, kierowana entuzjazmem na myśl o obejrzeniu czegoś o mojej śląskiej ojczyźnie z perspektywy „zwykłego” Polaka. Dodatkowo produkcja, inspirowana książką Michała Jędryki o tym samym tytule, porusza nie każdemu znany fragment historii Śląska i osadza go w konkretnym, regionalnym kontekście. Problem polega jednak na tym, że reżyser, Maciej Pieprzyca, częściej sięga po efektowność niż rzetelność.
Najbardziej kontrowersyjny jest sposób przedstawienia Śląska, Ślązaków i nie-Ślązaków. Robotnicze osiedle Katowic-Szopienic – Targowisko – to przestrzeń brudna, zaniedbana, przytłaczająca brakiem jakichkolwiek kolorów poza szarościami i toksycznym pomarańczem nieba. Patrząc na ilość wyziewów wydobywających się z komina, podkreśloną przez postprodukcję, trudno nie zastanawiać się, dlaczego mieszkańcy nie chodzą tam w maskach gazowych. Z drugiej strony chemiczny filtr znika, gdy tylko sceny nie mają akurat na celu ukazania, jak bardzo okoliczne huty trują dzieci.
Sami Ślązacy zostali tutaj zaprezentowani – w kontraście do wykształconych goroli – jako ludzie prymitywni i niezdolni do zrozumienia ciągu przyczynowo-skutkowego między dymem wydobywającym się z kominów huty metali nieżelaznych a podwyższonym poziomem ołowiu w krwi ich dzieci.
Kuleje również warstwa językowa. Serial bardzo powierzchownie traktuje autentyczną śląską gwarę, a twórcy i aktorzy zdają się wierzyć, że kilka śląskich słów wrzuconych w zasadniczo polski dialog uczyni go śląską godką. Jest to nieudana próba stylizacji, która nie ma wiele wspólnego z rzeczywistym językiem regionu, co szczególnie razi w produkcji, w której język powinien być jednym z najważniejszych nośników znaczeń.
Tymczasem realia historyczne były znacznie bardziej złożone. Ślązacy przywiązywali dużą wagę do czystości i porządku, dlatego widok głowy rodziny wytaczającej się w brudnym podkoszulku, by nakrzyczeć na kobietę leczącą jego własne dziecko, wydaje się tu wręcz egzotyczny. Estetyka wszechobecnego brudu jest krzywdzącym uproszczeniem, utrwalającym nieprawdziwe wyobrażenia.
Dla reżysera kluczowe jest ukazanie głównej bohaterki, lekarki Jolanty Wadowskiej-Król, jako osoby, dla której najważniejsze jest dobro dzieci. Niewątpliwie jest to prawda, jednak dla podkreślenia tego nie było konieczne zwracanie pozostałych bohaterów przeciwko niej, szczególnie że rzeczywistość wyglądała inaczej. Rodzice chorych dzieci chętnie współpracowali z lekarką, zależało im na powrocie swoich dzieci do zdrowia.
Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z produkcją nieudaną. Serial ogląda się sprawnie, ma dobrze poprowadzoną narrację i, o ile nie zwraca się uwagi na momentami zabawne nieścisłości, potrafi zaangażować emocjonalnie. Aktorstwo stoi na solidnym poziomie, a sama historia – nawet jeśli uproszczona – może zainteresować odbiorcę, który wcześniej się z nią nie zetknął. Tempo akcji, sposób budowania napięcia i selekcja wydarzeń zdradzają, że priorytetem było przyciągnięcie widza, a nie wierne odtworzenie realiów historycznych. Oczywiście nie jest to zarzut sam w sobie – serial jako medium ma prawo korzystać z dramaturgii. Problem pojawia się wtedy, gdy sensacja zaczyna wypierać prawdę.
Ołowiane dzieci lepiej funkcjonują jako dramat inspirowany historią niż jako jej wierna rekonstrukcja. I właśnie w tym tkwi ich największy problem: widz nieobeznany z realiami może potraktować przedstawiony obraz jako rzeczywisty, podczas gdy w istocie jest on w dużej mierze przeinaczony i podporządkowany narracyjnej atrakcyjności. Dlatego najbardziej niepokoją mnie komentarze osób spoza Śląska, dla których serial jest jednoznacznie rewelacyjny – zastanawiam się wtedy, czy miały one chęć i okazję skonfrontować ten obraz z rzeczywistością.
Tekst: Anna Fijałek